Ciągłe zmiany prawa destabilizują samorządy

Autor: Rozmawia: Janusz Król / 10.09.2018
W samorządach
Kondycja samorządów byłaby znacznie lepsza, gdyby w ślad za nakładanymi na nie nowymi obowiązkami szły odpowiednie środki finansowe. Gdyby zmieniono archaiczny sposób naliczania subwencji oświatowej, gdyby nie zaskakiwano nas działaniami typu kolejna reforma oświaty i setkami zmian w przepisach. Samorządowi nie pomoże też wprowadzenie kadencyjności – mówi Michał Skałecki, wójt gminy Lubiewo.

Ile lat kieruje pan gminą Lubiewo?

Pracę szefa gminy rozpocząłem 20 lutego 1984 r., a więc jeszcze w poprzednim stuleciu. W lutym przyszłego roku miałbym 35 lat stażu, ale tak się nie stanie, bo nie będę kandydował w wyborach.

 

Jest pan najprawdopodobniej najstarszym szefem gminy w Polsce!

Nie mam pewności, czy to prawda. Kilka lat temu na jednej z konferencji spotkałem kolegę z Wielkopolski, który był szefem gminy od 1982 r., ale nie wiem, czy nadal pracuje. Był on inicjatorem powstania tamtej gminy, wygrywał wszystko, bo nie miał opozycji. Ja opozycję zawsze miałem, ale nie narzekam, ponieważ jest potrzebna, szkoda tylko, że u nas nie było opozycji konstruktywnej, tylko polityczna. Mimo to starałem się słuchać, co przeciwnicy mówią i brałem to pod uwagę.  

 

Dlaczego pan odchodzi będąc człowiekiem w pełni sił?

Doradzano mi, bym kandydował, a po roku odszedł, kiedy osiągnę jubileusz 35-lecia pracy w gminie. Ale tak nie mogę zrobić, to byłoby nie fair wobec mieszkańców. Jest kilka powodów decyzji o niekandydowaniu. Po pierwsze, 1 grudnia minęłoby 51 lat mojej aktywności zawodowej, bo do pierwszej pracy poszedłem w 1967 r. Po drugie, czuję się spełniony, mimo świadomości, że jeszcze dużo jest do zrobienia. Przytoczę słowa piosenki Perfectu: „Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść. Niepokonanym”. Mogę dziś spokojnie odejść z podniesioną głową. Po trzecie, już osiem lat temu w Lubiewie pojawiła się silna, polityczna opozycja z hasłem „Czas na zmiany”. Nie dali rady. Cztery lata temu ta sama grupa wyszła z hasłem „Najwyższy czas na zmiany”, ale wójta nie zmienili. Może w tym roku uda im się dojść do władzy, wtedy zobaczymy, o jakie zmiany im chodzi.

 

Czy podpowiedziałby pan mieszkańcom, kogo warto wybrać, zarekomendowałby im pan kandydata godnego zaufania?

Nasi mieszkańcy w wyborach parlamentarnych głosują na ugrupowania prawicowe, natomiast ja mam lewicowe poglądy. Choć miałem polityczną opozycję, wygrywałem kolejne wybory. Między innymi dlatego nie próbowałem namaścić nikogo na następcę. Oczywiście, szukałem kandydata, nawet jednej osobie, mającej doświadczenie, zaproponowałem start, ale odmówiła. Otwarcie nie zarekomenduję żadnego kandydata. Wierzę w mądrość społeczeństwa, które w dniu wyborów kierować się będzie lokalnymi sprawami, a nie analizować kwestię „namaszczenia z góry”. Wiem, że jest dobra kandydatka, obecna kierownik powiatowego ośrodka doradztwa rolniczego, ale nie biorę udziału w decyzjach związanych z jej kampanią wyborczą. Mogę doradzić, kiedy ktoś się do mnie zwróci, mogę pomóc w inny sposób, ale na tym moja rola się skończy.

 

Porozmawiajmy o gminie. Jest trochę daleko od szosy.

Żartobliwie mówimy, że jest za lasami, za wodami i rzeczywiście, trochę daleko od szosy.  Aczkolwiek przez gminę przebiega droga wojewódzka 240, obecnie w trakcie modernizacji i budowy ścieżki rowerowej, łącząca Łódź z Koszalinem. Ale to prawda, że życie płynie spokojnym rytmem, po piętnastej ustaje praca w banku, na poczcie, w szkole i urzędzie, ludzie wracają do spraw rodzinnych…

 

…później chyba tylko ksiądz dzwoni i zakłóca ciszę?

Mamy bardzo porządnych i pogodnych księży i dobrze nam się współpracuje. A poważnie mówiąc, pod względem gospodarczym to gmina zrównoważona, nie dominuje ani rolnictwo, ani turystyka, ani przemysł. Dwadzieścia lat temu miałem nadzieję, że Lubiewo da się przekształcić w gminę turystyczną, ale polityka gospodarcza państwa spowodowała, że to się nie powiodło. Mamy Bory Tucholskie i Zalew Koronowski, ale aby uruchomić ten potencjał trzeba przezwyciężyć opór Lasów Państwowych. A to praktycznie niemożliwe. Nie było też  źródeł finansowania wspierających rozwój turystyczny gmin z naszego powiatu. Przykładem mogą być ścieżki pieszo-rowerowe, musieliśmy je budować we własnym  zakresie. Jeśli chcemy, aby taka infrastruktura powstawała przy drogach powiatowych czy wojewódzkich, musimy wnosić wkład finansowy.

 

Tak jest w wielu województwach.

No właśnie, ale nie ma środków! Niektórzy mieszkańcy się buntują, że gmina finansuje nie swoje zadania. Prawo wprowadzane w Polsce często skutkuje utratą przez gminy wpływów budżetowych. Znalazły się podstawy prawne, by istniejące spółki prowadzące ośrodki wypoczynkowe przekształcić w stowarzyszenia nieprowadzące działalności gospodarczej, co odbiło się negatywnie na podatkach będących dochodem gminy. Także w podatku od nieruchomości straciliśmy ponad 100 tys. zł, bo w pewnym momencie skasowano kategorię domków letniskowych, które były wyżej opodatkowane niż mieszkalne.

 

 

Dzięki Związkowi Gmin Wiejskich RP wiele ważnych problemów zostało pozytywnie załatwionych. Jedynie związek jako reprezentacja samorządowa ma możliwość wnoszenia wielu spraw do rządu, bo co w tej sprawie może zrobić pojedyncza gmina? Należy żałować, że wielu kolegów nie widzi potrzeby wstąpienia do ZGW RP, bo coś poszło nie po ich myśli. Powinno być odwrotnie – jeśli choć jedna sprawa została pozytywnie załatwiona, to dobry powód, aby do związku przystąpić.

 

 

Jednak z budżetem Lubiewa nie jest źle. W ciągu ostatnich 10 lat się podwoił – dzisiaj to około 30 milionów. Dziesięć lat temu wasze dochody ledwie przekraczały 13 milionów.

To fakt, staramy się zwiększać dochody własne i pozyskiwać środki zewnętrzne. Ale chciałbym dokończyć wątek gospodarczy. Mamy 21 jezior, nadal są ośrodki wypoczynkowe, choć ich działalność mocno zredukowano. Negatywnym przykładem jest ośrodek Szkolenia Kadr Służby Więziennej Ministerstwa Sprawiedliwości, gdzie praktycznie zlikwidowano działalność dochodową i pozostawiono wyłącznie jednostkę budżetową, finansowaną z dotacji. Dla mnie to działanie antyspołeczne i antygospodarcze. Chociaż mamy ponad 700 gospodarstw rolnych, to w zdecydowanej większości niewielkie gospodarstwa rodzinne. Nie ma też u nas dużego przemysłu, nie licząc firmy produkującej kontenery, zatrudniającej około 500 osób. Przemysł drzewny reprezentowany jest przez niewielkie zakłady. Naszym atutem jest czyste powietrze i walory krajobrazowo-turystyczne.

 

Porozmawiajmy o samorządzie, jego historii, którą obserwuje pan od lat. Chciałbym, aby scharakteryzował pan każdy z okresów rozwojowych odrodzonego samorządu. Zacznijmy od terenowych organów administracji państwowej stopnia podstawowego. Mamy rok 1998, upaństwowione gminy przed reformą samorządową.

Mówiło się, że naczelników gmin przywożono w teczkach, ale ja przeszedłem inną drogę. Zanim zostałem zatrudniony w Lubiewie, ówczesne prezydium gminnej rady narodowej dwukrotnie mocno mnie przeegzaminowało.

 

Odbyło się coś w rodzaju rozmowy kwalifikacyjnej?

To był ostry egzamin! I po tych rozmowach zostałem przedstawiony radzie gminy jako kandydat wojewody na stanowisko naczelnika. Próbował mnie utrącić ZSL, ale wojewoda postawił na swoim. Jak wówczas było? W gminie nie można było niczego samodzielnie programować, wszystko opierało się na dotacjach, które trzeba było wychodzić w administracji wojewódzkiej i centralnej. Gmina była uzależniona od wyższych szczebli administracji do tego stopnia, że musiałem się sporo nachodzić, aby uzyskać zgodę i środki na przebudowę toalety w szkole podstawowej w Bysławiu! A kiedy staraliśmy się o budowę szkoły, o poparcie zabiegałem u posłów na Sejm, a nawet u jednego generała, który przewodniczył wojewódzkiej komisji czynów społecznych. Najprostsze inwestycje ciągnęły się latami.

 

Jak ocenia pan okres 1990–2002, kiedy zarządy gmin były wybierane przez rady?

Wójtowie nie czuli się pewnie. Po pierwsze, zarządy były wieloosobowe, więc wszystkie decyzje trzeba było uzgadniać, a i tak rada w każdej chwili mogła cały zarząd odwołać. Po drugie, ta sytuacja nie dawała swobody decydowania i gwarancji sprawnego działania. Dlatego my, wójtowie, zabiegaliśmy o bezpośrednie wybory. Niezależnie od tego ówczesna pozycja samorządu była i tak lepsza od tego, co działo się wcześniej i lepsza od tego, jak jest dziś. Samorząd mógł o wiele swobodniej decydować o zadaniach i sposobach ich wykonania, był mniej skrępowany prawnie i finansowo. Ludzie byli spontaniczni, zgłaszano wiele inicjatyw. Teraz mieszkańcy często nie chcą mówić, co myślą, i z aktywnością jest gorzej. Skupili się na własnych sprawach, ale też mają lepszą jakość życia. Nie muszą zabiegać o telefonizację, kanalizację, wodę, to wszystko już jest. Jesteśmy gminą oplecioną światłowodem, z dobrą infrastrukturą kulturalną, sportową, zdrowotną.  

 

Po wprowadzeniu II etapu reformy w 1998 pojawili się nowi partnerzy gmin. Jak ocenia pan współpracę z powiatem i województwem samorządowym?

Mam mieszane uczucia. Gdyby poprawiono organizację pracy i wprowadzono odpowiedni nadzór nad tym, co musieliśmy oddać powiatom, to byłyby one niepotrzebne. Osobiście nie widziałem sensu przekazywania zadań z zakresu komunikacji i budownictwa. Ich przeniesienie, szczególnie komunikacji, uzasadniano koniecznością sprawnego przekazywania informacji w skali kraju. Teraz, w dobie komunikacji elektronicznej, ten argument nie ma uzasadnienia. Oceniając funkcjonowanie powiatów widzimy, że działają one lepiej, kiedy gminy chcą z nimi współpracować i dokładać pieniądze, bo przecież powiatom się nie przelewa. Bardzo trudno jest mi ocenić reformę wojewódzką, szczególnie że u nas mamy podział na administrację rządową i samorządową, a one z kolei podzielone są między dwa miasta. To rodzi napięcia między urzędnikami i mieszkańcami. Powoduje spory, w którym mieście ma być filharmonia, opera, a może w obu miastach. Mamy dwa skłócone ośrodki i to jest złe. Dochodzi też do paradoksów, bo musimy dokładać pieniądze do zadań zleconych, czyli do zadań wojewody, ale są zadania, gdzie z kolei wojewoda wspiera naszą gminę finansowo.

 

Rok 2004, wstąpienie Polski do Unii Europejskiej otwiera kolejny okres i nowe warunki działania samorządów.

Tak, pojawiły się fundusze, bez których niewiele byśmy zrobili. Wejście do Unii było bardzo dobre, umożliwiło ogromny rozwój kraju w każdej dziedzinie. Jednak szkoda, że obudowane to zostało nadmierną biurokracją, która opóźnia realizację niektórych zadań, działa demotywująco, czasami wręcz przyczynia się do niepowodzenia w uzyskaniu dotacji. My na szczęście tych ostatnich przypadków mieliśmy mało, jako gmina pozyskaliśmy ponad 40 mln zł.   

 

Ważnym aspektem funkcjonowania samorządu jest współpraca gmin. Lubiewo jest m.in. członkiem Związku Gmin Wiejskich RP. Jak ocenia pan pracę związku, jego przydatność?

Zawsze się starałem, żeby gmina należała do różnych organizacji oraz inicjowała wiele przedsięwzięć. Należymy do chojnickiego Banku Żywności, który pomaga najbiedniejszym mieszkańcom. Kiedyś, w latach 80., przyjeżdżali do nas z pomocą Holendrzy, przywozili ubrania i różne potrzebne rzeczy. Teraz my powinniśmy pomagać innym i to robimy. Jesteśmy współzałożycielami Wyższej Szkoły Zarządzania Środowiskiem w Tucholi, to jedyny przykład w Polsce utworzenia przez samorządy szkoły wyższej. Jesteśmy udziałowcami spółki Szpital Tucholski i wydawnictwa Municipium SA. Należymy do Związku Gmin Wiejskich RP. Uważam, że dzięki temu, że ten związek istnieje, wiele spraw ważnych dla samorządów zostało pozytywnie załatwionych. Jedynie związek jako reprezentacja samorządowa miał możliwość wniesienia wielu spraw do rządu, bo co w tej sprawie może zrobić pojedyncza gmina? A jeśli nawet nie udało się jakiejś sprawy załatwić, to przynajmniej mogliśmy o tym głośno mówić. Należy żałować, że wielu kolegów nie widzi potrzeby wstąpienia do ZGW RP, bo jakieś sprawy poszły nie po ich myśli. Powinno być odwrotnie – jeśli choć jedna sprawa została pozytywnie załatwiona, to dobry powód, aby do związku przystąpić.

 

Czy w woj. kujawsko-pomorskim działa regionalny związek samorządów?

Nie, ale mamy konwent wójtów, spotykamy się regularnie, a na spotkania zapraszamy wojewodę i marszałka oraz przedstawicieli ważnych instytucji wojewódzkich. Konwent to również dobry przykład współpracy samorządów i organizacji samorządowych: nasz przewodniczący Jacek Brygman, wójt Cekcyna, jest równocześnie członkiem zarządu ZGW RP, a to ułatwia kontakty i przepływ informacji.

 

Jak pan ocenia obecną kondycję i przyszłość samorządu?

Kondycja jest dobra, ale to wynik ogromnych zabiegów czynionych przez włodarzy na rzecz poprawy jakości życia mieszkańców. Byłaby jeszcze lepsza, gdyby w ślad za zadaniami zleconymi przez rząd, nakładanymi przepisami prawa nowymi obowiązkami, szły odpowiednie środki finansowe. Gdyby zmieniono archaiczny sposób naliczania subwencji oświatowej, gdyby nie zaskakiwano nas działaniami typu kolejna reforma oświaty, dziesiątkami, ba nawet setkami zmian w przepisach. To nie służy rozwojowi samorządów, tylko je destabilizuje. Na pewno samorządowi nie pomoże wprowadzenie kadencyjności. Opowiadanie o korupcji, nepotyzmie, czym uzasadniano zmianę, to bajka. Jesteśmy kontrolowani przez mieszkańców, radnych i różne powołane do tego instytucje. Przez 34 lata pracy w gminie nigdy nie zatrudniłem żadnego członka mojej rodziny, czego nie można powiedzieć o polityce na szczeblu krajowym. Jeśli więc organy kontroli i rada działają dobrze, to jest to dobre zabezpieczenie przed nieuczciwością. Co złego wprowadzi kadencyjność? Na pewno zniechęci wiele osób chcących pracować na rzecz społeczności lokalnych. Bo co ma zrobić ze sobą człowiek po 10 latach pracy na stanowisku wójta czy burmistrza? Brak długoterminowej perspektywy przyczyni się jedynie do negatywnej selekcji osób na odpowiedzialne stanowiska w gminach.

Podziel się!

Aby dodać komentarz, zaloguj się.