Gdańsk nie ma kompleksu niższości wobec Niemców

Autor: Rozmawiał: Janusz Król / 23.10.2018
Rada dzielnicy Kokoszki wystąpiła o upamiętnienie w przestrzeni publicznej przebiegu granicy sprzed września 1939 r. między Rzeczpospolitą Polską a Freie Stadt Danzig. Ale nie dlatego, aby hołubić nazistowsko-niemiecką przeszłość Wolnego Miasta, ale by pokazać, gdzie były tereny rdzennie kaszubskie przynależne do Rzeczpospolitej, a gdzie zdominowane przez ludność niemieckojęzyczną – mówi prezydent Gdańska Paweł Adamowicz.

26 października minie 20 lat od chwili, kiedy objął pan stanowisko prezydenta Gdańska. Jak w tym czasie zmieniał się Gdańsk, a jak pan?

W Gdańsku nastąpiły duże zmiany i to nie tylko te widoczne, dokonujące się w przestrzeni, jak nowe ulice, gmachy, obiekty użyteczności publicznej, biurowce.  Równie ważne były przeobrażenia społeczne, zmiany postaw mieszkańców. Oczywiście zmieniłem się ja sam  i styl zarządzania miastem. Staram się na nowo odczytywać misję samorządu terytorialnego, czerpię doświadczenia z Europy Zachodniej, z wizyt, lektur, konferencji, z dyskusji. Myślę, że podobne procesy zachodzą prawie w każdym polskim mieście i są doświadczeniem każdego samorządowego lidera.

 

Jakie kamienie milowe wskazałby pan w rozwoju samorządności w okresie pańskiej prezydentury?

Jednym z takich punktów były reformy dokonane przez rząd Jerzego Buzka: przywrócenie samorządu na poziomie powiatowym i regionalnym, wzmocnienie samorządu miejskiego, szczególnie pod względem finansowym. Chociaż później kolejne rządy osłabiały te reformy, odbierały kompetencje i środki, generalny bilans reformy 1998 r. jest  pozytywny. Wejście do Unii Europejskiej to także ogromny sukces, myślę, że nie do końca przez nas wszystkich uświadamiany. Ten krok uruchomił ogromny strumień środków finansowych, bez których nie byłoby tak szybkiego rozwoju naszych miast, w tym Gdańska. A „abstrakcyjna wspólnota” okazała się niebywale zbawienna.

 

Czy miały miejsce wydarzenia lokalne o porównywalnym znaczeniu dla Gdańska?

Bez wątpienia mistrzostwa Europy w piłce nożnej w 2012 roku. Dla nas było to ogromne wydarzenie sportowe, które stało się stymulatorem. Mistrzostwa zmotywowały do działania nie tylko administrację samorządową, która musiała przygotować miasto na przyjęcie dziesiątków tysięcy gości, były też niezwykle emocjonalnym przeżyciem wspólnotowym dla gdańszczan. Dodały nam wiary, że możemy podejmować wielkie wyzwania, że uda się nam wiele zrobić, bo osiągnęliśmy już ten stopień rozwoju, samoorganizacji i sprawności, aby być godni przyjmować podobne wyzwania. Muszę też podkreślić, że zdobyliśmy się na niebywały wysiłek finansowy budując stadion piłkarski, bo powstał on głównie ze środków miasta z niewielką dotacją od rządu Donalda Tuska. Dzisiaj jest on ikoną, a ze względu na swój charakterystyczny, spektakularny kształt stał się jakby odpowiednikiem średniowiecznych katedr. Nawet ci, którzy nie są kibicami piłki nożnej, zobaczyli w mistrzostwach coś więcej niż jednorazowe wydarzenie, zobaczyli przełom, bo od tego czasu obserwujemy systematyczny wzrost liczby turystów. Dzięki mistrzostwom Gdańsk został na nowo odkryty. Pierwszy raz stał się głośny w okresie strajków w latach 80. ubiegłego wieku, potem była długa przerwa i drugi raz zaistniał przy okazji mistrzostw. Kibice i turyści odkryli, że jest to miasto nie tylko portowe, stoczniowe, przemysłowe, ale też piękne architektonicznie, przyjazne i oferujące wypoczynek nad Morzem Bałtyckim.

 

Kandyduje pan ponownie na stanowisko prezydenta, jest pod ostrym ostrzałem ze strony działaczy PiS, ciążą na panu zarzuty o nieścisłości w oświadczeniach majątkowych, a Platforma Obywatelska, którą pan zakładał, odwróciła się od pana. Wcześniej ta partia postąpiła podobnie wobec Ryszarda Grobelnego w Poznaniu i Jacka Karnowskiego w Sopocie. Tu, w Gdańsku, wystawiła kontrkandydata i konkurencyjną listę, co z pewnością stanowi dla pana problem.

Przez większość okresu swojej aktywności politycznej po 1990 roku należałem do różnych partii politycznych. Zazwyczaj je tworzyłem, byłem liderem struktur, członkiem rozmaitych gremiów. Dziś widzę, że mamy do czynienia z ich permanentnym kryzysem, objawiającym się nieumiejętnością bycia wspólnotami politycznymi, które wyrażają interesy i poglądy dużych grup wyborców. Odnoszę wrażenie, że wielu liderów przyzwyczaiło się do wiecznego bycia posłami i koncentruje na neutralizowaniu, by nie powiedzieć mocniej – wycinaniu potencjalnej konkurencji. Partie przestały być autentyczne, a kryzys systemu partyjnego tym bardziej jest bolesny, że są one potrzebne polskiej polityce. Muszą się więc w jakiś sposób odnowić, zwłaszcza w perspektywie silnego walca PiS-owskiego. Bo PiS nie jest wzorem partii, to ugrupowanie wodzowskie, autorytarne, które niewiele ma wspólnego z demokracją liberalną według wzorców zachodnich. Kiedy jeszcze byłem członkiem partii, …

 

…to pan nie jest członkiem partii?

Nie, od kilku lat nie. …zawsze odczuwałem, że samorządowcy nie byli lubianymi kolegami, zwłaszcza ci, którzy pełnili ważne samodzielne funkcje. Bo w partiach funkcjonuje dość spłaszczone pojęcie dyscypliny partyjnej, dążenie do glajchszaltowania, do redukowania wszystkich. Źle jest, że polskie partie są bardzo skadrowane, nawet nie próbują stać się bardziej masowe. Gdyby policzyć członków wszystkich partii łącznie, ich reprezentatywność okazałaby się niebywale niska. Na dodatek na poziomie takich miast, jak Gdańsk widać, że te partie nie potrafią budować swojej miejskości. Nie potrafią oddzielić tożsamości ogólnokrajowej z ogólnopolskim programem od roli pełnionej w środowisku lokalnym. Obecne wybory są w ich wykonaniu zaprzeczeniem samorządności w każdym przejawie. Liderzy krajowi czy to Platformy, czy PiS-u, odgórnie namaszczają i mianują kandydatów, bez choćby pozorów dialogu, rozmowy, konsultacji czy udziału lokalnej społeczności w procesie selekcji kandydatów. To mieszkańcy widzą, więc jak można mówić o budowaniu demokratycznej alternatywy wobec PiS-u głosząc demokratyczne zasady, lecz działając im wbrew? Dlatego kandydując na prezydenta Gdańska wracam do źródeł, do komitetów obywatelskich z przełomu lat 90. i sięgam po radnych miejskich, dzielnicowych, po animatorów kultury, działaczy społecznych, po ludzi, którzy podobnie jak ja już mają dorobek i wnoszą do Komitetu Wyborców Pawła Adamowicza „Wszystko dla Gdańska” nie tylko siebie, ale i swój dorobek. To nie komitet buduje ich, to oni budują prestiż komitetu.

 

Jest jeszcze jedna kwestia, z którą musi się pan zmierzyć. Jest pan obiektem niewybrednych ataków w internecie, bowiem – według oponentów – promuje pan niemiecką tożsamość Gdańska. Zarzuca się panu, że w Gdańsku jest coraz więcej miejsc, obiektów, które przypominają okres Wolnego Miasta Gdańska.

Każde miasto w Polsce ma inną historię, inną tożsamość. Nie ma wspólnego mianownika, a Gdańsk jest w naszej historii wyjątkowy. Był najbogatszym miastem I Rzeczpospolitej, bankierem królów polskich, był oknem na świat oraz wolną strefą gospodarczą i celną ówczesnego państwa polskiego. Uzyskał tę pozycję dzięki przywilejom Kazimierza Jagiellończyka potwierdzanym przez kolejnych władców. Większość mieszczan mówiła w różnych dialektach języka niemieckiego, wielu z nich znało język polski, ale nigdy polski nie był tu językiem dominującym. Po I wojnie światowej Gdańsk nie stał się, niestety, częścią państwa polskiego, a Wolnym Miastem – Freie Stadt Danzig. Był to kompromis między żądaniami większości niemieckich mieszkańców Gdańska, którzy chcieli należeć do Niemiec, a oczekiwaniem Polaków, że miasto wróci w granice odradzającej się Polski. Gdańszczanie współcześni odkrywają niemieckojęzyczną przeszłość Gdańska i nie mają kompleksów. Odkrywają, bowiem historia miasta z XIX i XX wieku w okresie PRL-u w ogóle nie była opowiadana.

 

To prawda. Jednak w swoim haśle „Gdańsk, miasto wolności i solidarności” odwołujecie się do dwóch ważnych pojęć, a odtwarza się świat dzieciństwa i młodości Guntera Grassa, najbardziej czarny, nazistowski okres w historii miasta…

Nie ma tu sprzeczności, bo nie ma jednej pamięci. Jest wiele pamięci miejskich w każdym mieście, a szczególnie w tak ciekawym i zróżnicowanym jak Gdańsk. Hasło „miasto wolności i solidarności” wymyśliłem na potrzeby 2000 roku, kiedy obchodziliśmy 20. rocznicę strajków sierpniowych i podpisania porozumień gdańskich. Dzisiaj się zakorzeniło i wszyscy go używają, bo wiernie oddaje ducha miasta. Natomiast równolegle trwał proces odkrywania innego, już nieistniejącego miasta z książek Brunona Zwary, książek innych pisarzy, kronikarzy polskich, ze starych fotografii oraz z albumu Donalda Tuska „Był sobie Gdańsk”, a także z powieści Guntera Grassa opisujących Polonię gdańską z okresu Wolnego Miasta. W krótkim czasie gdańszczanie musieli odrobić lekcję historii, która była nieznana i celowo zapominana między rokiem 1944 a 1990.

 

Za to przywieźliście tu ze sobą historię Wilna, historię Kresów Rzeczypospolitej.

Tak. Ale właśnie dlatego, że osiedlili się tutaj kresowiacy, to przywieźli gen otwartości, różnorodności. Tutaj przyjechał z Wilna i osiedlił się mój ojciec, moja babcia, dziadek. Dla nich życie w niehomogenicznej społeczności jest czymś tak oczywistym, jak oddychanie powietrzem. To dlatego w nas nie ma kompleksu niższości, który może istnieć w innych częściach kraju. Nie ma w Gdańsku kompleksu niższości wobec Niemców. Za to jest ciekawość. Jeśli dzisiaj rada dzielnicy Kokoszki wystąpiła o upamiętnienie w przestrzeni publicznej przebiegu granicy sprzed września 1939 r. między Rzeczpospolitą Polską a Freie Stadt Danzig, to nie dlatego, aby hołubić nazistowsko-niemiecką przeszłość Wolnego Miasta, ale by pokazać, gdzie były tereny rdzennie kaszubskie przynależne do Rzeczpospolitej, a gdzie zdominowane przez ludność niemieckojęzyczną. Jak poszukać głębiej okaże się, że było wielu obywateli Gdańska mówiących na co dzień po niemiecku, ale którzy identyfikowali się przede wszystkim jako „Danzigerzy”, a nie Niemcy, chociaż ci drudzy byli w większości. Jednym słowem, każde miasto ma swoją specyfikę, zaś odgrzewanie tych antyniemieckich resentymentów przez młodego Kacpra Płażyńskiego, kandydata PiS-u, czy wcześniej przez posłankę Pawłowicz, Lecha czy Jarosława Kaczyńskich, osób pochodzących z zaboru rosyjskiego, z Kongresówki, pokazuje, jak różni jesteśmy, jak różne mamy źródła kulturowe. Nie oczekujmy od siebie nawzajem, byśmy maszerowali w jednej kolumnie, w jednym szyku, pod jednym sztandarem. Bo nie ma jednego patriotyzmu, nie ma jednej pamięci, nie ma jednej polskości. I to jest dobre dla nas wszystkich.

 

Proszę powiedzieć, jaki będzie Gdańsk pod pańskim kierownictwem w nowej kadencji? Jakie cele pan sobie wyznacza?

Grę o przyszłość wygrają te miasta, których liderzy dobrze odczytają wyzwania. Jednym z nich jest wyczerpywanie się środków, łatwych i tanich dotacji europejskich. Trzeba będzie oprzeć rozwój na własnych zasobach, poszukać nowych pomysłów. Innym wyzwaniem jest pogłębiający się kryzys demograficzny i narastające trudności na rynku pracy. Już dzisiaj w Gdańsku pracuje 20 do 30 tysięcy Ukrainek i Ukraińców. To wyzwanie miasto odczytało z wyprzedzeniem i dlatego od trzech lat mamy gdański model integracji migrantów, gdański model równego traktowania. Zdajemy sobie sprawę, że będziemy miastem przyjmującym imigrantów, że imigracja będzie stałym zjawiskiem. Problemy demograficzne to także proces starzenia się społeczeństwa i konieczność zapewnienia seniorom opieki socjalnej i medycznej. Ważnym egzaminem dla nas oraz innych polskich miast będzie sprostanie problemom wynikającym z kryzysu klimatycznego, musimy oszczędzać energię i stymulować prośrodowiskowe zachowania mieszkańców. Żaden prezydent nie będzie mógł powiedzieć, że są to problemy rządu i trzeba będzie je rozwiązywać lokalnie. Chciałbym też, aby gdańszczanie byli społecznością przyjazną, inkluzywną. Nie chcemy społeczności, która dzieliłaby się na lepszy i gorszy sort. To wymaga ogromnego przepracowania umysłów, naszej mentalności, zaczynając od prezydenta Gdańska, poprzez administrację samorządową, radnych, instytucje do wszystkich obywateli. Znacznie łatwiej jest wybudować most, tunel, niż systematycznie prowadzić politykę społeczną.

 

Ale w przestrzeni publicznej pozostają takie obiekty, jak tunel, most czy Kościół Mariacki, w związku z tym pytania, czym dla Gdańska są znaczące, powstałe w ostatnich czasach obiekty. Zacznijmy od tunelu pod Martwą Wisłą.

Tunel to obiekt inżynieryjny, pierwszy tego typu w Polsce, który niebywale ułatwia życie mieszkańcom Gdańska i całego obszaru metropolitalnego. Pomysł powstał z chęci wsparcia rozwoju portu morskiego, a widać, jak bardzo potrzeba logistyczna wspomogła mieszkańców w codziennym życiu.

 

Rewitalizacja Wyspy Spichrzów?

Było moim i gdańszczan marzeniem, by śródmieście było nim nie tylko z nazwy, ale i z funkcji. Rewitalizując Wyspę Spichrzów, dokonujemy ostatniego etapu odbudowy śródmieścia po 1945 roku. Przez ostatnie 70 lat wyspa straszyła. Kiedyś zapytał mnie o te ruiny prezydent Niemiec Richard von Weizsäcker, odpowiedziałem, że to pamiątka po II wojnie światowej. Cieszę się, że ostatnie ślady wojny są zabliźniane żywą i nowoczesną architekturą.

 

Europejskie Centrum Solidarności.

To ikona architektoniczna Gdańska, nasza opowieść o chwalebnej, pokojowej rewolucji Solidarności. To też miejsce poważnych debat ogólnoeuropejskich, ogólnopolskich i lokalnych. Nasz gdański areopag.

 

Teatr Szekspirowski?

To także ikona architektury i łącznik Gdańska z kulturą europejską. Przykład realizacji pomysłu, który wyszedł od grupy zapaleńców. Teatr impresaryjny, otwarty na różne inicjatywy artystyczne.

 

Muzeum II Wojny Światowej?

Jest jeszcze nie do końca odkrytą szansą dla polskiej myśli muzealnej, społecznej i politycznej wejścia w globalny dialog dotyczący przyszłości pokoju na świecie. Dzisiaj ta szansa jest niewykorzystana, wręcz została zaprzepaszczona z powodu przejęcia muzeum przez funkcjonariuszy PiS-u, którzy sprowadzają to do wymiarów nadwiślańskich z widoczną polską megalomanią.

 

Ale cierpienie Polaków to chyba nie jest megalomania?

Nikogo na świecie nie interesuje wyłącznie nasze cierpienie. Jeśli się opowiada o cierpieniu swoim i innych, opowieść staje się uniwersalna. Polska powinna opowiadać o swoim cierpieniu, nie licytując się na temat cierpienia żydowskiego, rosyjskiego czy ukraińskiego. Muzeum sformatowane przez prof. Machcewicza dokładnie to wyczuło. Na szczęście ta wystawa nie jest jeszcze w większości zmieniona, ale kierownictwo muzeum ze względu na swój niski format kulturowy nie potrafi z tej szansy uczynić polskiego okrętu flagowego. W przyszłym roku przypada 80. rocznica wybuchu II wojny światowej, jest mi bardzo smutno, że nikt w Ministerstwie Kultury czy Kancelarii Prezydenta RP nie myśli, jak o tym opowiedzieć – nie samemu sobie, ale wspólnie z innymi – światu. To będzie kolejna zmarnowana okazja.

Podziel się!

Aby dodać komentarz, zaloguj się.