Jak to robią Brytyjczycy

Autor: Zdzisław Majewski* / 03.11.2016
W samorządach
Sądy i sędziowie nie mają u nas najlepszej prasy. Wieszanie psów na naszym wymiarze sprawiedliwości ma swoją długą tradycję, często z uzasadnionej przyczyny. Nie zamierzam wpisywać się w powszechny chór krytyków, bo nie tędy droga do wyprostowania krętych ścieżek naszego sądownictwa. Aby nie być posądzonym o skrajny subiektywizm, pozwoliłem sobie na mały sondaż wśród radców prawnych i prawników, którzy stawali przed sądami administracyjnymi. Pytanie było proste: proszę o wskazanie najważniejszych pani/pana zdaniem grzechów głównych polskiego sądownictwa administracyjnego.

Z tej telefonicznej sondy wyszło, że największą bolączką jest czas rozstrzygania spraw, czyli przewlekłość postępowań. Dalej uplasowały się odpowiedzi: hermetyczny, niezrozumiały język orzeczeń, rozbieżność orzecznictwa w podobnych stanach faktycznych, zbytni formalizm sędziów, uchybienia formalne opóźniające i czasem niweczące trud dochodzenia sprawiedliwości. Co ciekawe, było kilka głosów narzekających na brak wśród sędziów administracyjnych chęci (a może i wiedzy), że istnieje prawo miejscowe, którego specyfikę należałoby uwzględniać w orzecznictwie.

 

Przez prasę prawniczą i nie tylko przetacza się właśnie dyskusja nad projektem kodeksu postępowania administracyjnego. W nurcie tej dyskusji pojawił się ciekawy głos Bartosza Czupajło z Forum Obywatelskiego Rozwoju, konfrontujący postępowanie sądowo-administracyjne w Polsce i Wielkiej Brytanii. I chociaż oba porządki prawne znacznie się różnią (system precedensów contra oparte na ustawach prawo kontynentalne), to instrumenty prawne dotyczące aspektów proceduralnych w Anglii są więcej niż interesujące.

 

Anglicy znani są ze swojego pragmatyzmu i dobrego zarządzania, co widać w ich sądownictwie administracyjnym. Proszę sobie wyobrazić, że tamtejszy sędzia Trybunału Pierwszego Stopnia (pierwsza instancja), nim podejmie się rozpatrzenia skargi na decyzję administracyjną, wpierw uprzejmie poprosi stronę o wskazanie, w jakim mieście życzyłaby sobie (sic!), aby odbyła się sądowa rozprawa.

 

Dla nas z kontynentu, gdzie o właściwości sądu decyduje siedziba organu, który wydał decyzję, i gdzie liczy się raczej wygoda urzędników, niż udogodnienia dla obywatela, taka elastyczność procedury mocno dziwi i zaskakuje. Ale to nie wszystko, co wymyślili w swojej procedurze administracyjnej wyspiarze. Zaufanie między obywatelem, pełnomocnikiem albo innym podmiotem jest tak daleko idące, że pozwala na korespondencję między Trybunałem (a także organem administracji) drogą elektroniczną, po prostu w postaci pliku tekstowego załączonego do e-maila. Nawet skargi do Trybunału i wyrok Trybunału przesyła się w ten sposób i nikt nie wymaga od pełnomocnika elektronicznego podpisu, specjalnej rejestracji, np. przez podobny naszemu ePUAP i weryfikacji tożsamości, podpisywania skanu dokumentu, stawienia się w sądzie lub urzędzie osobiście, nie ma też uiszczania opłat.

 

U nas takie brewerie nie przejdą, nawet faks nie jest traktowany jako dokument, a z elektronicznej korespondencji możesz obywatelu skorzystać, jeśli posiadasz certyfikowany podpis i odwiedzisz urząd, aby tam można było stwierdzić, że Kowalski to Kowalski.

 

Jeśli już próbować naprawić główne grzechy naszego sądownictwa administracyjnego, to od Anglików wziąłbym w ciemno instytucję posiedzenia przygotowawczego do rozprawy głównej przed Trybunałem. Sędzia z Wysp na takim posiedzeniu prosi strony, aby określiły, jakie terminy są dla nich niedogodne (sic!), bo sąd chciałby uniknąć odraczania rozprawy i pyta z angielską uprzejmością, ile dni będą potrzebowały na przygotowanie się do rozprawy oraz jakie inne udogodnienia mogłyby im być pomocne. Dalej tamtejszy sąd administracyjny pyta, czy świadkowie stawią się w sądzie, czy może ich jednak przesłuchać za pośrednictwem np. skype’a, ilu będzie świadków, czy potrzebny będzie tłumacz… Postępowanie ze świadkami to istotna różnica w porównaniu z naszym sądownictwem. U nas postępowanie dowodowe jest wyjątkiem.

 

Co rzuca się w oczy porównując naszą i brytyjską procedurę postępowania przed sądem administracyjnym? Ano to, że obywatel Wielskiej Brytanii w sądzie nie jest petentem „którego sprawę trzeba odhaczyć, zamknąć lub przekazać do kolejnego sądu, ale stanowi partnera, jednostkę, której należy dać to, po co do sądu przyszła – sprawiedliwe rozstrzygnięcie” – pisze w podsumowaniu Bartosz Czupajło, autor ciekawego porównawczego szkicu.

 

Mnie, podobnie jak Bartoszowi Czupajło, marzy się, aby nasze procedury i posługujący się nimi sędziowie administracyjni brali wzór od Anglików, nawet mimo tego, że wyspiarze występują z Unii. Ich rozumienie funkcji i filozofii prawa powinno przyświecać naszej reformie k.p.a., która właśnie się dzieje.

 

*zastępca redaktora naczelnego „Wspólnoty”

Podziel się!

Aby dodać komentarz, zaloguj się.