Media fałszują wizerunek Przemyśla

Autor: Janusz Król / 21.05.2018
W samorządach
Posądzanie prezydenta miasta o celowe prowokowanie zamieszek, które przysłoniłyby obraz jakichś trudności gospodarczych czy demograficznych, to kuriozum – mówi Robert Choma. – Jestem prezydentem polskiego miasta i biorę udział w uroczystościach poświęconych polskiej historii, ale również uczestniczę w uroczystościach, na które zaprasza mnie mniejszość ukraińska. Niestety, część strony ukraińskiej nie chce tego faktu uznać.

Zacznę prowokacyjnie od fragmentu hymnu Ukrainy: Станем, браття, в бій кривавий від Сяну до Дону, В ріднім краю панувати не дамо нікому… [Staniemy, bracia, w krwawy bój od Sanu do Donu, nikomu nie damy rządzić w ojczystym kraju…]. Czyj jest i czyj będzie Przemyśl – Ukraińców czy Polaków?

Patrząc na historię, Przemyśl był jednym z grodów należących do Polski już w czasach, gdy pisał o nim Nestor. Licytowanie się dziś, czy wówczas był grodem polskim, czy ruskim (tj. zamieszkanym przez Rusinów – przyp. red.) nie ma sensu, choć greckokatolicki arcybiskup-senior Jan Martyniak mawiał, że na Zamku Kazimierzowskim bywali i polscy królowie, i ruskie korole. Ja nie jestem historykiem i królów ruskich nie znam, za to znam władców piastowskich i etniczne zróżnicowanie ziemi przemyskiej. A dyskusję o przynależności państwowej przed stu laty jednoznacznie przesądził rok 1918, przesądziły o tym w walce o niepodległość Polski m.in. Orlęta Przemyskie. W rezultacie tych wydarzeń Przemyśl znalazł się po stronie polskiej. Konflikt 1918 roku wywołała strona ukraińska, a na jej usprawiedliwienie można powiedzieć, że oni także wtedy chcieli mieć niepodległe państwo z Przemyślem w jego granicach. Niemniej jednak próba udowodnienia ukraińskiej etniczności Przemyśla i ziemi przemyskiej nie znajduje jakiegokolwiek potwierdzenia w demografii w ostatnich kilku wiekach dziejów miasta. To oczywiście nie znaczy, że pomniejszam rolę mniejszości etnicznej w dzisiejszym Przemyślu.

 

Jaki jest obecnie skład narodowościowy mieszkańców?

Według mojej wiedzy w 62-tysięcznym Przemyślu mieszka do 3 tysięcy obywateli polskich pochodzenia ukraińskiego. Trzeba pamiętać, że także przed wojną Rusini byli mniejszością drugą pod względem liczebności. Najliczniejszą mniejszością Przemyśla w latach międzywojnia byli Żydzi. Dzisiaj społeczność ukraińska ma dobre warunki, a jako samorząd współpracujemy z nimi w każdym zakresie należącym do naszej kompetencji. Mają swoich przedstawicieli zarówno w radzie miejskiej, jak i instytucjach samorządowych. W kościele pojezuickim, który tej społeczności ofiarował papież Jan Paweł II, znajduje się archikatedra kościoła greckokatolickiego, działa też szkoła z ukraińskim językiem nauczania wszystkich szczebli. Ukraińcy korzystają ze wszystkich praw przysługujących mniejszości, a ja corocznie składając życzenia mniejszości polskiej we Lwowie czy na Kresach, życzę Rodakom, aby cieszyli się z takiej swobody i takich samych praw, jakie mają Ukraińcy w Przemyślu i w Polsce.

 

Co pan opowiada!? Ja ostatnio słyszę coraz głośniejsze oskarżenia, że w Polsce, a zwłaszcza w Przemyślu, krzywdzi się mniejszości, szczególnie Ukraińców i Żydów.

Rzeczywiście, taką narrację przyjęły media na podstawie nieprawdziwych pogłosek. Nie odmawiamy pomocy, kiedy społeczność żydowska, która jest u nas niezwykle mała, zwraca się z jakimkolwiek projektem. Ostatnio społeczność ukraińska poprzez Związek Ukraińców w Polsce zadeklarowała, że chce się włączyć w obchody 100. rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości poprzez pokaz Międzynarodowego Festiwalu Filmowego „Watch Docs”, połączony z warsztatami, pod hasłem „100 Lat Niepodległości RP i praw człowieka – od Wilsona, Daszyńskiego do WATCH DOCS”.  Postanowiłem wesprzeć go finansowo, ale ponieważ w ostatnim czasie moje zaufanie do tej organizacji niestety zostało mocno ograniczone, poprosiłem o dodatkowe informacje na temat propozycji współpracy. Chcę jednak wyraźnie podkreślić, że cieszę się, że nasi przemyślanie ukraińskiego pochodzenia pragną włączyć się w tę najważniejszą dla Polaków rocznicę. Zadowolona jest społeczność romska, jej przedstawiciele podkreślają, że są dobrze traktowani i że tworzymy im dobre warunki do rozwoju ich kultury. W pracy samorządu nie wartościujemy mieszkańców ze względu na pochodzenie etniczne.

 

Rozdmuchiwanie incydentalnych zdarzeń, nagannych, ale przecież nie codziennych, nie powszechnych, wprowadza opinię publiczną w błąd. Dotyczy to polskich mediów, ale również utrzymywanego za pieniądze polskich podatników ukraińskiego pisma „Nasze Słowo”, które jest jednym wielkim paszkwilem na Polskę.

 

Jednak media rozpętały histerię wokół tzw. aktów ksenofobii i nienawiści do Ukraińców, szczególnie po czerwcowej procesji grekokatolików z 2016 r., podczas której Ukraińcy pozwolili sobie na prowokacyjne odegranie „Czerwonej kaliny”, czyli hymnu UPA, na banderowskie symbole oraz na manifestację upowską na cmentarzu. Jak to jest z konfliktem narodowościowym w Przemyślu?

Sprawa cmentarza to bardzo istotny wątek.  To cmentarz Strzelców Siczowych, którzy wraz z Petlurą i Piłsudskim walczyli z bolszewikami po stronie Polski. Jakoś nie widzę, by gdziekolwiek stawiano Petlurze pomniki, natomiast stawia się je Banderze. Po wojnie na tej nekropolii, po ekshumacji z różnych miejsc, pochowano upowców, którzy zginęli w walkach z oddziałami polskiego wojska. Czcząc pamięć poległych w wojnie polsko-bolszewickiej, zawsze po procesjach kończących się na tym cmentarzu składaliśmy wieńce na grobach Strzelców Siczowych. Ale nigdy nie brałem udziału, co mi zarzucano, w paleniu zniczy i składaniu kwiatów na grobach upowców. Te manifestacje odbywały się już po części oficjalnej i służyły antypaństwowym prowokacjom, podczas których wznoszono nieprzyjazne okrzyki. Ale w minionym roku na cmentarzu nie było już czerwono-czarnych flag banderowskich. Natomiast incydent z zerwaniem koszuli, a w rzeczywistości krajki, czerwonej krajki na czarnej koszuli, co mogło budzić skojarzenia z UPA, rozdmuchano niemiłosiernie i jego zła sława rośnie z upływem czasu. Na tej fali zarzucano mi, że biorę udział w antyukraińskich manifestacjach przed pomnikiem Orląt Przemyskich. To bzdura. Jestem prezydentem polskiego miasta i biorę udział w uroczystościach poświęconych polskiej historii, ale również uczestniczę w uroczystościach, na które zaprasza mnie mniejszość ukraińska, jak np. święto Jordanu. Niestety, część strony ukraińskiej nie chce tego oczywistego faktu uznać.

 

Potępił pan organizowanie zamieszek, szczególnie próby prowokacji z obu stron. I w zasadzie od obu stron pan oberwał – Ukraińcy zatrzymali pana na granicy, a „Newsweek” opublikował napastliwy tekst. Zresztą ukazało się wtedy więcej nieprzyjaznych publikacji.

Rzeczywiście, kiedy w styczniu 2017 r. jak co roku wybrałem się na opłatek do polskiego konsulatu we Lwowie, dość długo trzymano nas na granicy. Potem poproszono mnie na posterunek ukraińskiej straży granicznej i wręczono decyzję Służby Bezpieczeństwa Ukrainy o odmowie zgody na wjazd. Nie było w niej uzasadnienia, tylko wskazano podstawę prawną. Opublikowana później nota stwierdzała, że stanowię bezpośrednie zagrożenie dla państwa ukraińskiego, ponieważ moje zachowanie godzi w jego interesy oraz w interesy Ukraińców w Polsce. Wcześniej z podobną retoryką wobec mnie występował Piotr Tyma, szef Związku Ukraińców w Polsce, który być może w tej sprawie odegrał negatywną rolę, a który na pewno ma wpływ na to, że relacje polsko-ukraińskie, które były dobre, przestały się układać. Później wskutek interwencji dyplomatycznych sytuacja się zmieniła, decyzję o zakazie wjazdu cofnięto, ale od tamtego czasu nie byłem na Ukrainie. Słusznie pan zauważył, że strona polska zarzucała mi, że – w zależności od stopnia napastliwości ataku – jestem ukrainofilem albo wręcz Ukraińcem, natomiast Ukraińcy, którym przez lata udowadniałem, że zasypywanie rowów to właściwy kierunek, uznali mnie za swojego wroga. Uregulowaliśmy z nimi sprawy majątkowe, m.in. kwestię Domu Narodowego i wydawało się, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Ale nie. Trzeba było znaleźć pretekst, aby te stosunki popsuć. Mimo że zapłaciłem za tę postawę polityczną cenę, uważam, że dziś postąpiłbym podobnie, choć pewnie nieco zmodyfikowałbym swoje nastawienie.

W mojej ocenie sytuacja, z którą miał pan do czynienia, nie bierze się z uwarunkowań lokalnych. Ona ma swoje źródło w polityce państwa ukraińskiego. Co się tam pańskim zdaniem dzieje?

Ukraińscy politycy stale powtarzają: my nie potrzebujemy Polski, to Polacy nas potrzebują. We Lwowie organizowane są manifestacje pod hasłem „Nie chcemy polskich panów”. To atmosfera wywoływana rozmyślnie, służy prowokacjom. Te „lwowskie” pochody – także ostatni upamiętniający powstanie SS-Galizien ukraińskiej dywizji esesmańskiej – nie służą współpracy. Tworzą atmosferę zagrożenia. Nie czuję się powołany do oceniania polityki państwa ukraińskiego, ale podsycanie konfliktów narodowościowych nie pomaga Przemyślowi, bo na opinię miasta, leżącego mniej niż 15 km od granicy, zawsze wpływają wszelkie rzekome i realne konflikty. Sytuacja na rynku pracy w Polsce wymaga wsparcia przez pracowników z zagranicy, w tym z Ukrainy. Także w Przemyślu daje się zauważyć wzrost zainteresowania przedsiębiorców takimi pracownikami. Potencjalni inwestorzy w czasie rozmów również wykazują zainteresowanie pracownikami ze Wschodu. Chciałbym podkreślić, że naszą strategię turystyczną opieramy na budowanym przejściu turystycznym Malhowice-Niżankowice, najkrótszej drodze w Karpaty Wschodnie i to pokazuje, że jesteśmy otwarci na współpracę w każdym wymiarze. Dlatego uważam, że państwo polskie, które twierdzi, że Ukraina jest naszym strategicznym partnerem, powinno zaprotestować przeciwko takim działaniom i potwierdzić poprzez znaczącą inwestycję państwową, regionalną i gospodarczą rolę naszego miasta. Przemyśl ma dostęp do szerokiego toru i tuż obok ma potężny, choć trudny rynek. Taka inwestycja zaprzeczyłaby spekulacjom dotyczącym przyszłości naszego miasta, zadała kłam wszelkim negatywnym opiniom o Przemyślu i rozwiała obawy potencjalnych inwestorów.

 

Wróćmy do artykułu w „Newsweeku”, w którym oskarżono pana o podsycanie napięć z powodu nieudolności w zarządzaniu miastem…

Dziennikarz, który to napisał, w ogóle nie zna realiów samorządowych…

 

…on się przedstawia jako przemyślanin.

Może znać miasto, ale nie zna zasad funkcjonowania samorządu. Posądzanie prezydenta miasta o celowe prowokowanie zamieszek, które przysłoniłyby obraz jakichś trudności gospodarczych czy demograficznych, to kuriozum. Nawet trudno sobie wyobrazić taki makiawelizm. Polskie media często wyciągają na wierzch nieistotne błahostki i rozdmuchują konflikty, nie zastanawiając się nad konsekwencjami.

 

No, nie. W wielu przypadkach te media działają celowo!

To jeszcze gorzej. Bo kalamy własne gniazdo i w ten sposób dajemy paliwo panu Tymie, który z satysfakcją powtarza, że przez naszą ksenofobię, naszą zaściankowość, nacjonalizm, odstręczamy od miasta inwestorów.

 

Czy zgodzi się pan ze stwierdzeniem, że patrząc z punktu widzenia interesów miasta, jednym z największych szkodników są media, które utrwalają fałszywy obraz Przemyśla?

Zdecydowanie tak. Komentowanie rzeczywistości a jej kreowanie to dwie różne etyki dziennikarskie. Powinno się fakty i racje przedstawiać obiektywnie, aby czytelnik mógł sobie sam wyrobić opinię. Natomiast rozdmuchiwanie incydentalnych zdarzeń, nagannych, ale przecież nie codziennych, nie powszechnych, wprowadza opinię publiczną w błąd. Dotyczy to polskich mediów, ale również utrzymywanego za pieniądze polskich podatników ukraińskiego pisma „Nasze Słowo”, które jest jednym wielkim paszkwilem na Polskę. Należałoby zweryfikować politykę dotacyjną dla tego pisma, bowiem najczęściej jest ono głównym źródłem nieprawdziwych wiadomości, które później rozpowszechniane przez media ukraińskie uderzają w nasz wizerunek. Powinniśmy mieć prawo wymagać od mediów jednej rzeczy – uczciwości, nie lukrowania, nie cukrowania rzeczywistości. Tylko uczciwości.

 

Przemyśl jest jednym z najpiękniejszych miast w Polsce, mimo zniszczeń w czasie dwóch wojen światowych jednym z najbogatszych w zabytki. Mógłby zarabiać na turystyce. Ale leży na uboczu, na skraju Polski. Czy macie pomysł, jak wykorzystać te aktywa turystyczne?

Muszę skorygować pańską opinię: Przemyśl nie jest jednym z najpiękniejszych, jest najpiękniejszym miastem w Polsce. Czasami nazywany jest małym Lwowem, bo mamy podobną architekturę, podobną historię od czasów lokacji na prawie magdeburskim, podobne założenia urbanistyczne, oczywiście, zachowując skalę. Warto do nas przyjechać i przekonać się, że nie jesteśmy miastem ksenofobicznym. Na ulicach stale rozbrzmiewa język ukraińskich turystów, którzy spędzają czas w restauracjach i kawiarniach, robią zakupy, zaglądają do obu katedr, zwiedzają podziemia. A można u nas znaleźć zarówno zabytki z okresu pierwszej Rzeczypospolitej, jak i Twierdzę Przemyśl zbudowaną przez austriackie państwo zaborcze. Można zobaczyć bunkry Linii Mołotowa, ślad z czasów II wojny światowej, kiedy San dzielił Przemyśl na dwie strefy okupacyjne. Ci turyści nigdy, powtarzam: nigdy nie spotkali się z przejawem niechęci, złośliwości czy agresji ze strony mieszkańców Przemyśla. Bardzo dużo zrobiliśmy w zakresie renowacji zabytków, pozyskując na ten cel znaczące fundusze unijne. Staramy się o wpisanie naszej Twierdzy na Listę Pomników Historii. Jednym słowem bardzo się staramy, żeby Przemyśl był ciekawy i atrakcyjny dla turystów. Ale mamy jeszcze dużo do zrobienia w zakresie promocji. Ofertę turystyczną budujemy na zachęcaniu ludzi udających się na Ukrainę lub w Bieszczady do spędzenia kilku dni w naszym mieście, zwiedzenia tutejszych atrakcji. W tym celu wspieramy rozwój bazy turystycznej Przemyśla, aby nasi przedsiębiorcy inwestowali nie tyle w sklepy, ile w obsługę ruchu turystycznego, czyli w hotele i gastronomię.

Podziel się!

Aby dodać komentarz, zaloguj się.