Nasi rolnicy są w stanie konkurować z farmerami z zachodniej Europy

Autor: Rozmawia: Janusz Król / 11.01.2019
W samorządach
30 proc. gospodarstw w gminie skorzystało ze środków europejskich na modernizację. Nasi rolnicy zrobili to w rozsądny sposób, w efekcie nikt nie musiał targać się na życie, nie ma kłopotów ze spłatą kredytów bankowych. Nie było brania dotacji na modernizację na zasadzie: skoro dają, to bierzemy, a martwić się będziemy później. Rolnicy wykazali się wielką rozwagą, a ich biznesplany były rzetelnie przygotowane – mówi Andrzej Skolimowski, wójt gminy Przesmyki.

Przesmyki to niewielka gmina na pograniczu Mazowsza, Lubelszczyzny i Podlasia. Gospodarka to prawie wyłącznie rolnictwo, najczęściej gospodarstwa rodzinne. Jaka specjalizacja rolna dominuje?

Nasze rolnictwo bardzo się zmieniło w ostatnich 28 latach, a ja miałem możliwość obserwować je z bliska. W 1990 r. zastałem gminę, która słynęła z uprawy ziemniaka jadalnego. Szacowano, że produkowaliśmy 25 tys. ton ziemniaków, które były eksportowane głównie do ZSRR. Z tej produkcji żyła cała gmina, a inwentarz hodowany był bardziej na własne potrzeby, niż na sprzedaż. Żartobliwie mówiło się, że w każdej zagrodzie była jedna owca, jedna koza, jedna krowa i dwa wieprzki do zabicia na święta – jeden na Boże Narodzenie i drugi na Wielkanoc. Średnia powierzchnia gospodarstwa to było 6 ha. Dzisiaj nasze rolnictwo się zrestrukturyzowało, powierzchnia przeciętnego gospodarstwa wzrosła do 11 ha, ale to tylko dane statystyczne. Faktyczne użytkowanie gruntów rolnych wygląda inaczej, gospodarstwa towarowe w gminie Przesmyki mają areał nie mniejszy niż 40 ha, z tym że pewna część użytkowanej ziemi należy do innych właścicieli, którzy utrzymują własność wyłącznie ze względu na dopłaty obszarowe. Mimo że mamy świetne warunki dla ziemniaka, to dziś nie ma go już w uprawach towarowych, staje się warzywem. Natomiast w nielicznych gospodarstwach, gdzie jeszcze się go sadzi na większym areale, na sprzedaż, jest ziemniak przemysłowy.

 

Co było przyczyną zaniechania uprawy ziemniaka?

Nieopłacalność i załamanie rynku zbytu. Mieliśmy kiedyś grupę producencką, zorganizowaliśmy w gminie – i na bazie tej tradycji nadal organizujemy – festyn, ale nie ma upraw. Ziemniak zastąpiły uprawy rzepaku i kukurydzy, mamy także intensywną uprawę zbóż. Rolnicy są w stanie uzyskiwać nawet 8 ton z 1 ha i wtedy można mówić o opłacalności upraw. Kolejna specjalizacja, która w gminie Przesmyki jest coraz bardziej zauważalna, to owoce miękkie, głównie truskawka, czarna porzeczka i aronia. Szacujemy, że w gospodarstwach towarowych truskawkę uprawia się u nas na ponad 500 ha, oprócz tego są uprawy mniejsze, kilku- i kilkunastoarowe.

 

W ostatnich czasach ciężkie doświadczenia spadły na hodowców trzody chlewnej ze względu na ASF. Czy już się podnieśli po klęsce? Jak wyglądała sprawa odszkodowań?

ASF bardzo boleśnie dotknął naszych rolników, mimo że nie mieliśmy ani jednego ogniska choroby w hodowlach i tylko zbieraliśmy padłe dziki w lasach i na polach. Niestety, epidemia zrestrukturyzowała hodowle w ten sposób, że gospodarstwa ze stadami po 100 czy 200 tuczników rocznie nie były w stanie spełnić warunków bioasekuracji i musiały zaprzestać tej działalności. Nadal funkcjonuje kilkadziesiąt gospodarstw, gdzie hoduje się powyżej 500 sztuk trzody rocznie, bo to graniczna wielkość, aby można było zarobić na spełnienie warunków bioasekuracji. Rolnicy z mniejszymi hodowlami ponieśli duże straty, których nie zrekompensowały odszkodowania. Na dodatek musieli się przebranżowić.

 

W 2018 roku na polskie rolnictwo katastrofalny wpływ miała susza. Jakie skutki miała dla waszych rolników i jak przebiegała likwidacja szkód?

Nie zapominajmy, że w tym roku nie było zimy i nie było wiosny, nie było przymrozków, było tylko lato, więc mieliśmy lepsze plony w sadach, w owocach miękkich. Bardzo ładnie przezimowały oziminy, więc zboża i rzepak dały dobry plon. Nieco gorsze były zbiory zbóż jarych. Susza w największym stopniu zaszkodziła uprawom roślin okopowych, ale u nas – jak już mówiłem – ziemniak nie ma już takiego znaczenia gospodarczego. Z pewnością stracili też rolnicy hodujący bydło mleczne, bo nie dało się uzyskać tylu pokosów z łąk, co w innych, bardziej sprzyjających latach. W gminie Przesmyki mamy wysoką bonitację gleb i łąki są siane, a tegoroczna pogoda nie sprzyjała uprawom zielonym.

Mój kuzyn, który kilkadziesiąt kilometrów stąd miał stado liczące kilkadziesiąt krów mlecznych, sprzedał je i poszedł do pracy w firmie jako robotnik, bo nie opłacało mu się prowadzić hodowli. Zna pan podobne przykłady?

Nie dziwię się. Produkcja rolna zawsze jest ryzykowna i zwykle rolnicy nie mogą liczyć na pomoc państwa w przetrwaniu trudnych okresów – nieurodzaju czy klęski żywiołowej. Odszkodowania z powodu suszy w jakiejś części zrekompensowały straty, ale nie pokryły ich w całości, a szczególnie nie zrekompensowały dalszych następstw suszy, takich jak na przykład wzrost cen zbóż, które trzeba było kupić do hodowli, podczas gdy ceny mleka stały w miejscu, albo nawet spadły.

 

Wobec tego w jakim kierunku będzie się rozwijało rolnictwo?

W stronę gospodarstw wielkoobszarowych. W latach 90. trudno mi było przyjąć do wiadomości to, co czytałem w traktacie stowarzyszeniowym z Unią Europejską, że w gospodarkach rynkowych na wsi żyje 3 proc. ludności. Ale dziś już widać, że w tym kierunku zmierzamy. Nie było możliwe szybkie osiągnięcie takiego wskaźnika, na pewno ten proces będzie trwał przez pokolenia, ale widać koncentrację środków produkcji rolnej. W gminie Przesmyki nie ma nieużytków, obiekty hodowlane nie tylko pozostały, ale wręcz zostały rozbudowane. Produkujemy znacznie więcej żywności niż kiedykolwiek, a robi to coraz mniej ludzi.

 

Spójrzmy na problem szerzej. Ma pan ogromne doświadczenie – 28 lat pracy w samorządzie – i przez lata obserwował pan przemiany na przesmyckiej wsi. Jakie okresy dałoby się wyodrębnić po 1990 roku?

Najważniejsza zmiana zaszła w związku ze wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej, choć duży wpływ miały też środki z Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich w okresie przedakcesyjnym. W mojej ocenie około 30 proc. gospodarstw w naszej gminie skorzystało ze środków europejskich na modernizację. Nasi rolnicy zrobili to w sposób rozsądny, nikt nie musiał targać się na życie, nie ma kłopotów ze spłatą kredytów bankowych. Nie było brania dotacji na modernizację na hurra, na zasadzie: skoro dają to bierzemy, a martwić się będziemy później. Rolnicy wykazali się wielką rozwagą i widać, że ich biznesplany były przygotowane rzetelnie. Dzisiaj mają wiodące gospodarstwa, jest w nich nowy sprzęt, nowe technologie uprawy, nowe techniki nawożenia, nowoczesne odmiany roślin i w rezultacie większa wydajność.

 

Unia Europejska to między innymi dopłaty do gospodarstw rolnych, ale niższe niż w krajach zachodnich. Jak przesmyccy rolnicy wytrzymują konkurencję z Zachodem?

Prawdą jest, że nasi rolnicy nie dostali takich dopłat, jak farmerzy zachodni, ale musimy wziąć pod uwagę, że tamci nie mają dostępu do bezzwrotnych środków inwestycyjnych. Być może, gdyby zsumować dopłaty bezpośrednie i środki na modernizację, to okazałoby się, że nasi rolnicy są finansowani na podobnym poziomie do tamtych. Sprzęt rolniczy się zużywa, zachodni farmerzy muszą pójść po kredyt na modernizację, nasi rolnicy mogą złożyć wniosek o dotację. Przy okazji trzeba powiedzieć, że nasi rolnicy są bardzo pracowici i między innymi dlatego są w stanie konkurować rolnikami ze starej Europy. Po naszej stronie jest też wysoka jakość produkowanej w Polsce żywności.

 

W jaki sposób po restytucji samorządu i później, po wstąpieniu Polski do Unii, zmieniła się jakość życia na wsi?

Zmiana jest tak ogromna, że współczesnej wsi nie da się porównać z tą XX-wieczną, zwłaszcza sprzed lat dziewięćdziesiątych. Widać to na każdym kroku – w obejściach, w budynkach mieszkalnych, gospodarczych, nawet w wyglądzie samych mieszkańców. Ludziom żyje się lepiej, choć tego nie doceniamy i często narzekamy, ale wystarczy sięgnąć do starych zdjęć gospodarstw, budynków mieszkalnych czy użyteczności publicznej – nie chce się wierzyć, że aż tak ubogo to wyglądało. Kiedy w 1990 r. obejmowałem urząd wójta, moim zadaniem było dostarczyć ludziom tyle energii, ile chcą, tyle wody z wodociągu, ile potrzebują oraz łączność telefoniczną, bo na wsi zupełnie jej nie było. Do niedawna mieliśmy problem z infrastrukturą drogową, bo rolnicy poruszają się pojazdami o nośności 20 ton, a nie 5, jak kiedyś. Pozostała infrastruktura techniczna już w pełni funkcjonuje: wodociągowanie zakończyliśmy w 2004 roku, mówiąc żartem w 106 proc., bo nawet sześć przysiółków ma bieżącą wodę z wodociągu. Doprowadziliśmy łącza internetowe do każdego domu. Dla tego celu musieliśmy na krótko stać się operatorem teleinformatycznym, co zmusiło firmy telekomunikacyjne do położenia światłowodów, choć wcześniej twierdziły, że to się nie opłaca. Zasługą samorządu jest też utrzymanie oświaty na wysokim poziomie. Przejęliśmy szkoły w 1992 roku, podczas gdy obowiązek ten spadł na gminy w 1996. Kiedyś pod żadnym względem nie mogliśmy się równać z edukacją miejską, dziś nie mamy żadnych kompleksów. Nasze szkoły mają sale sportowe, boiska, w pełni wyposażone pracownie tematyczne, pracownie informatyczne i znakomitych nauczycieli. Absolwenci naszych szkół wyjeżdżający do miast po dalszą naukę bez problemu wkomponowują się w nowe środowiska i pod żadnym względem nie odstają od absolwentów szkół wielkomiejskich. Ostatnio dziewczęta z gminy Przesmyki wygrały puchar Mazowsza w koszykówkę, pokonując zespoły warszawskie.

 

Jakie widzi pan perspektywy dla wsi w Przesmykach i dla tutejszych gospodarstw rodzinnych? 

Trwa migracja. Cieszymy się, że nasze dzieci się kształcą, wyjeżdżają na studia, ale powoduje to wyludnianie i starzenie się wsi. Nie czarujmy się, pozostający tu emeryci nie poprawią nam wskaźników demograficznych.

 

Analizowałem piramidę wieku mieszkańców gminy – jednak jest sporo młodych ludzi.

Są tylko w ewidencji, bo część studiuje i uczy się poza gminą, a część wyjechała do pracy w Warszawie, bo to w gruncie jedyny kierunek, gdzie nasza młodzież szuka pracy. W odległych o 30 km Siedlcach, niestety, jej nie znajdują, to za małe miasto. A na wsi zostają nieliczni. Nie będzie następców w gospodarstwach 6-hektarowych, nie będzie ich nawet tam, gdzie jest 11 ha, być może młodzi zostaną w gospodarstwach większych niż 30-hektarowe. To naturalny proces i musimy się z nim pogodzić.

Podziel się!

Aby dodać komentarz, zaloguj się.