Nie będę ingerował w pracę mojego następcy

Autor: Janusz Król / 09.04.2018
W samorządach
Jeśli człowiek rezygnuje z jakiejś roli, powinien to zrobić na serio – mówi Rafał Dutkiewicz. Prezydent Wrocławia kreśli swoją wizję rozwoju miasta, odnosi się do zarzutów, że promował spektakularne inwestycje zagraniczne kosztem wspierania rodzimych przedsiębiorców i tłumaczy swoje wcześniejsze akcje polityczne.

Piszą, że zrezygnował pan z kandydowania i że to ostateczna decyzja. Prawda to?

Prawda. Ale potrzebne jest uzupełnienie: już od połowy kadencji mówiłem jasno, że to moja ostatnia kadencja na stanowisku prezydenta miasta Wrocławia. Mówiłem po to, aby świat polityki w naszym mieście mógł się dobrze przygotować do wyborów samorządowych.

 

Jak pan ocenia, co jest najważniejszym osiągnięciem miasta w ostatnich 16 latach,  gdy pełnił pan funkcję prezydenta Wrocławia?

Jest kilka takich obszarów. Zacznę od tego, że udało się nam twórczo wpisać Wrocław na mapę świata. Właśnie dostaliśmy prestiżowy tytuł European Best Destination 2018, wcześniej byliśmy Europejską Stolicą Kultury, a równocześnie Światową Stolicą Książki. Po drugie, w dekadzie 2006–2016 na ponad 170 regionów Unii Europejskiej Dolny Śląsk został numerem jeden, jeśli chodzi o przyrost miejsc pracy. W dużej mierze jest to zasługa Wrocławia, bo dynamika miasta stymulowała rozwój całego regionu.

 

Powiem jeszcze o dwóch efektach. Pierwszy z nich – osiągnięty w pełni świadomie – to dwukrotne zmniejszenie umieralności okołoporodowej noworodków. Jestem dumny, że udało się nam uratować życie wielu dzieci. Zasadniczo to zadanie nie leżało w naszych kompetencjach, bo Wrocław nie ma szpitali miejskich. Te działające w mieście są prowadzone przez samorząd województwa albo są placówkami uniwersyteckimi. Ale wraz z moją byłą zastępczynią Anną Szarycz zajęliśmy się tym problemem i okazało się, że przy dobrej współpracy naprawdę wiele można zrobić. Nie ponieśliśmy wielkich nakładów finansowych. Kilka milionów złotych w skali budżetu Wrocławia niewiele znaczy, a udało się nam usprawnić system, utworzyć kilka specjalistycznych etatów, zorganizować szkoły rodzenia itp. Dzięki temu nie tylko ratowaliśmy ludzkie życie, ale też bardzo wyraźnie podnieśliśmy wskaźnik, który dobrze ilustruje, na jak wysokim poziomie cywilizacyjnym jest nasze miasto. Drugi efekt został osiągnięty mimochodem, przy okazji innych działań. Mówię o umiędzynarodowieniu Wrocławia.

 

Zarzucano mi też, że polityka Wrocławia jest nastawiona na inwestorów zagranicznych, którzy są promowani kosztem miejscowych przedsiębiorców. Otóż nie,  większość miejsc pracy – od 60 do 70 proc. – tworzonych jest przez biznes lokalny. Obraz, jaki kreują media, jest inny, bo dla gazet na przykład inwestycja IBM jest bardziej atrakcyjna niż inwestycja Kowalskiego.

 

Nasze miasto liczy ponad 700 tysięcy mieszkańców, z aglomeracją to prawie milion. Dziś mieszka i pracuje u nas ponad 100 tysięcy obcokrajowców ze 124 krajów. W większości to obywatele Ukrainy, ale ponad 30 proc. przybyszów pochodzi z innych krajów. To piękne zjawisko, bardzo stymulujące rozwój. Przebiega spokojnie, nie wywołując większych napięć czy konfliktów. Jeszcze dodam, że Wrocław jest chyba jedynym miastem w Polsce, które przełamało negatywną tendencję demograficzną – wcześniej liczba mieszkańców spadała i mieliśmy trend negatywny, a obecnie rośnie, zarówno dzięki migracji, jak i większej liczbie urodzeń.

 

W ostatniej kampanii zarzucano panu, że prowadzi politykę Wrocławia wielkomiejskiego, światowego, a zapomina o zwykłych mieszkańcach, o ich potrzebach, o podwórkach, chodnikach. Te zarzuty doprowadziły do drugiej tury. Jak pan na to patrzy?

Zarzucano mi też, że polityka Wrocławia jest nastawiona na inwestorów zagranicznych, którzy są promowani kosztem miejscowych przedsiębiorców. Otóż nie,  większość miejsc pracy – od 60 do 70 proc. – tworzonych jest przez biznes lokalny. Obraz, jaki kreują media, jest inny, bo dla gazet na przykład inwestycja IBM jest bardziej atrakcyjna niż inwestycja Kowalskiego. Owszem, łańcuch inwestycji rozpoczął się od kilku dużych przedsięwzięć zagranicznych i one pobudziły aktywność wrocławskich przedsiębiorców. A więc to kwestia perspektywy.

 

W istocie wszystko w mieście ma charakter lokalny. Budowa chodnika, obwodnicy, kamienicy i fabryki – wszystko to zawsze dzieje się w konkretnym środowisku i na nie oddziałuje. W zakresie rewitalizacji zaniedbanych obszarów zrobiliśmy naprawdę bardzo wiele. Jednym z ogromnych przedsięwzięć była rewitalizacja dzielnicy Psie Pole. Kiedy odrestaurowaliśmy tam kamienice, place, chodniki, dzielnica ożywiła się, pojawiły się kawiarnie, restauracje itd. Jednym z największych projektów rewitalizacji w Polsce było też uporządkowanie Nadodrza. Proszę zauważyć paradoks: przed Mistrzostwami Europy w piłce nożnej zrobiliśmy na próbie 5000 wrocławian badanie opinii publicznej, pytając, co jest dla nich najważniejsze. Na pierwszym miejscu pojawiła się wtedy budowa nowego terminalu na lotnisku, a więc inwestycja spektakularna. Na drugim podobnie: budowa stadionu. Wrocławianie mieli rację: dzięki tym inwestycjom mieliśmy mistrzostwa, a  dzięki mistrzostwom autostradową obwodnicę Wrocławia, remont dworca głównego i wiele innych udogodnień. I rzecz charakterystyczna: po tym sukcesie oczekiwania mieszkańców natychmiast wzrosły, bo kiedy uda się np. wyremontować połowę ulic w mieście, to mieszkający przy tych pozostałych będą niezadowoleni i będą oczekiwać, że ich ulica także zmieni standard. Po prostu nasze oczekiwania są zawsze partykularne.

 

Nakłady na inwestycje infrastrukturalne w ostatnich kilkunastu latach – kilkaset kilometrów chodników, wiele kilometrów ścieżek rowerowych, budowa i przebudowa ponad 200 kilometrów dróg i ulic nie tylko w centrum –  wyniosły ponad 10 mld zł. I to z samego budżetu Wrocławia, bo drugie tyle kosztowały inwestycje ze środków zewnętrznych oraz ze środków spółek miejskich. Przed 15 laty pod względem komunikacyjnym sytuacja była tragiczna. Wszystkie przeprawy mostowe były skoncentrowane na odcinku 1,5 km w samym centrum, nie było obwodnicy. Gdybyśmy przez te lata nie wykładali pieniędzy na poprawę infrastruktury komunikacyjnej, to przy obecnym rozwoju gospodarczym miasto byłoby całkowicie zakorkowane.

 

Jednak do opinii publicznej przebijały się głównie wiadomości o spektakularnych inwestycjach i imprezach. Jak osiągnąć równowagę między wielkimi przedsięwzięciami miejskimi a działaniami w mikroskali?

Nie dziwię się mediom, także mnie wygodnie jest mówić o większych przedsięwzięciach. Bo to bardzo dobre narzędzie zarządzania dużymi procesami społecznymi. Mówiąc obrazowo, kiedy się gdzieś maszeruje, na czele pochodu powinna być wskazująca kierunek chorągiew. Powinna być duża, kolorowa i wyraźnie dla wszystkich widoczna. Europejska Stolica Kultury była dla nas zarówno celem, jak i pewnym procesem społecznym, procesem aktywizacji mieszkańców do korzystania z propozycji kulturalnych i ożywienia środowisk kultury. W gruncie rzeczy to ten proces społeczny był ważniejszy, ale żeby się ziścił, musieliśmy wskazać atrakcyjny cel. Teraz stawiamy przed sobą inną ideę. Jest nią zielony Wrocław.

 

Rozumiem, że w ten sposób proponuje pan kierunek swojemu następcy?

To współczesny świat wyraźnie określa tendencje cywilizacyjne. Ich istotą jest to, że coraz więcej osób chce mieszkać w dużych aglomeracjach miejskich. W perspektywie dwóch najbliższych pokoleń  ten trend jest nieodwracalny. Ma swoje wady i zalety, ale taki po prostu jest. Jednym z jego paradoksów jest to, że ludzie chcą mieszkać w miastach i równocześnie oczekują, że miasto będzie swoistym połączeniem kultury i natury. Dotychczas była to sprzeczność – miasto jako twór kultury ze swoim zgiełkiem, gęstą i wysoką zabudową było zaprzeczeniem natury. Jednak dziś ludzie wyobrażają sobie miasto jako połączenie miejskiej cywilizacji z zielenią i kolorem nieba. W miejscu zamieszkania oczekują ciszy, zieleni, czystego powietrza i wody. Wyraźnie zmienia się też ich styl życia. Proste rozróżnienie na czas pracy i czas wolny rozmyło się, ponieważ technologia umożliwiła pracę w dowolnym miejscu i na różne sposoby. Wzrosło też znaczenie wewnątrzmiejskiej mobilności, co wymaga rozwoju nowych środków transportu zbiorowego. Miasto przyszłości musi sprostać tym oczekiwaniom. I w trwającym już wyścigu cywilizacyjnym wygra to, które będzie potrafiło zbudować warunki sprzyjające rozwojowi relacji międzyludzkich, czyli warunki dla wzrostu kapitału społecznego.

 

Samorząd w Polsce ma wadę: o ile bezpośredni wybór wójta, burmistrza i prezydenta jest słusznym rozwiązaniem, bo daje silną legitymację polityczną i społeczną, to brakuje sprzęgła wiążącego organ wykonawczy z radą. Rada jako organ demokratycznie wyłaniany została bardzo osłabiona. Będąc wójtem czy prezydentem trzeba się pilnować, aby rady nie lekceważyć.

 

To rzeczywiście paradoksalna idea, bo w rozrastających się miastach, na przykład monstrualnych miastach Azji, nie da się wyobrazić połączenia cywilizacji i natury. Tam na naturę już teraz nie ma miejsca!

To idea utopijna, ale w pewien sposób można się ku niej przybliżać. Na przykład miasta na Zachodzie pokazały, że z problemem jakości powietrza można się zmierzyć skutecznie. Także we Wrocławiu w ostatnim pokoleniu czystość powietrza poprawiła się dwukrotnie. Jakość wody – zarówno wód naturalnych, jak i w naszym systemie wodociągowym – mamy na najwyższym europejskim poziomie. Jest jasne, że z miasta nie da się zrobić parku. Ale warto starać się osiągać korzystniejsze proporcje powierzchni zielonych w osiedlach, zmniejszać odległości pomiędzy zieleńcami. Z pewnością da się również poprawić jakość akustyczną otoczenia. Zapewne w ciągu najbliższych 10 lat nie da się ograniczyć ruchu w miastach wyłącznie do aut elektrycznych, ale z pewnością wzrośnie liczba cichszych aut elektrycznych i hybrydowych. Mieszkańcy chcą poprawy jakości środowiska miejskiego  i będą chcieć tego coraz bardziej.

 

Mówiąc o utopii idei zielonego miasta, miałem na myśli ogromne aglomeracje azjatyckie czy europejskie, gdzie na ulicach ludzie ocierają się o siebie i wprost nie da się przejść. Natomiast w Niemczech istnieje gęsta sieć średnich miast, takich do mieszkania. W Polsce moglibyśmy łatwo powielić ten model, ale mamy problem z chaosem przestrzennym.

Akurat we Wrocławiu w ciągu 16 lat opracowaliśmy 397 miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego i pokryliśmy nimi 52,5 proc. powierzchni miasta. Wcześniej było około 6 proc., a więc w sumie mamy plany dla około 60 proc. powierzchni Wrocławia. W międzyczasie sporo szkód wyrządziła tzw. zasada ciągłości, która w warunkach braku planu przy wydawaniu decyzji o warunkach zabudowy nakazuje odnosić się do tego, co już jest zbudowane. Inną zasadą, która bardzo krzywdzi polskie samorządy, jest linia orzecznicza utrzymująca, że prawo własności jest święte. Władze centralne – i obecne, i poprzednie – w ogóle nie mają świadomości, ile szkód powodują te zasady. Opowiadał mi ostatnio szef SKO, że oglądał nieduże dolnośląskie miasto z wieży kościelnej. Zauważył, że w części miasta jest porządek, w innej zaś chaotyczna zabudowa. Burmistrz wyjaśnił mu, że ten chaos to skutek stosowania przez sądy zasady ciągłości. Deweloperzy sprzedają we Wrocławiu bardzo dużo mieszkań. To efekt ich przedsiębiorczości, ale też świadomej polityki miasta. Dążenie do wyciśnięcia jak największego zysku z każdego metra gruntu musi być jednak moderowane, bo deweloperzy nie chcą rozumieć, że mieszkania buduje się nie na pięć lat, a na kilka generacji. Samorządy powinny mieć narzędzia i siłę, by powstrzymać ich zapędy.

 

Co to znaczy być dobrym liderem samorządu ?

Nie potrafię sobie wyobrazić, jak być burmistrzem miasta mającego pięć czy dziesięć tysięcy mieszkańców. Wrocław jest inny, są tu uczelnie, instytucje stołeczne dla regionu, a nawet ponadregionalne. Ale wszędzie lider musi mieć silną osobowość, wizję przekraczającą kadencję i grubą skórę. Trzeba pamiętać, by otaczać się ludźmi mądrzejszymi od siebie i nie bać się podejmowania decyzji. Z perspektywy widzę, że samorząd w Polsce ma pewną wadę: o ile bezpośredni wybór wójta, burmistrza i prezydenta jest słusznym rozwiązaniem, bo daje silną legitymację polityczną i społeczną, to w tym systemie brakuje sprzęgła wiążącego organ wykonawczy z radą. Rada jako organ demokratycznie wyłaniany została bardzo osłabiona. Będąc wójtem czy prezydentem, trzeba się pilnować – tu celowo przesadzę – aby rady nie lekceważyć. W każdym razie ja z każdym rokiem coraz bardziej dostrzegałem potrzebę harmonijnej współpracy.

 

W trakcie swojej prezydentury był pan inicjatorem kilku akcji politycznych, m.in. Obywatele do Senatu czy lista Dutkiewicza do sejmiku. Warto było?

Dzięki mojej interwencji na poziomie sejmiku udało się w tej kadencji utrzymać stabilność na stanowisku marszałka, co zdarzyło się u nas po raz pierwszy. A stabilność władz, także regionalnych, jest wartością samą w sobie. Natomiast inicjatywa Obywatele  do Senatu – patrząc z dzisiejszej perspektywy – miała bardziej znaczenie publicystyczne niż polityczne, bo politycznie nie przyniosła efektu. Starałem się poprzez nią wyartykułować pewną ideę.  Samorządy w Polsce załatwiają 90 proc. spraw publicznych, ale ich przedstawiciele nie mają żadnego wpływu na sposób, w jaki tworzone jest prawo. To błąd systemowy. Bardzo potrzebne jest tu jakieś rozwiązanie instytucjonalne, być może w części samorządowy senat.

 

Moje ostatnie pytanie zmierzało do odkrycia planów Rafała Dutkiewicz na przyszłość…

Na wstępie ślubuję uroczyście, że nie będę ingerował w pracę mojego następcy. Uważam, że jeśli człowiek rezygnuje z jakiejś roli, powinien  to zrobić na serio. Poza tym obiecałem żonie, że przed podjęciem decyzji pójdziemy na długą dwutygodniową pielgrzymkę z Oviedo do Santiago de Compostela. Poświęcimy ten czas także na to, by wspólnie przemyśleć kroki na przyszłość. To mi się zawsze w życiu sprawdzało. A czy będę miał o czym myśleć? Oczywiście, już teraz dostaję wiele propozycji. A ponieważ świat skręca w stronę miast, moje kompetencje powinny okazać się przydatne. 

Podziel się!

Aby dodać komentarz, zaloguj się.