Nie chcę już wstępować do partii

Autor: Andrzej Gniadkowski / 26.02.2019
W samorządach
Członkostwo w Platformie Obywatelskiej było dla mnie ogromnym doświadczeniem życiowym. Jednego dnia miałem dziesiątki kolegów, koleżanek, a kolejnego stałem się persona non grata, z którą nikt nie chciał rozmawiać i nie miałem pojęcia, dlaczego – mówi Marek Materek, prezydent Starachowic.

Pewnie ma pan już dosyć pytań o wiek.

Przywykłem.

 

Nie pytałbym, ale był pan na kilku edycjach Kongresu Młodego Samorządu w Dusznikach-Zdroju. Organizatorzy i uczestnicy spotkań podkreślali, że młodych samorządowców wiele wyróżnia i łączy. Zmieniliście coś w polskim samorządzie?

Myślę, że łączy nas odwaga w podejmowaniu decyzji. Biorąc pod uwagę uwarunkowania, w jakich pracujemy, wszystkie służby kontrolne, prokuraturę, CBA itd., trzeba naprawdę mieć odwagę, żeby coś robić. Decyzje, które podejmujemy dla dobra miasta, bywają ryzykowne. Urzędnicy wielokrotnie mnie ostrzegali: „Jeżeli pan podejmie taką decyzję, to za chwilę zjawi się prokuratura i będą się bacznie wszystkiemu przyglądać, a pan będzie się musiał tłumaczyć”. Wtedy mam dylemat. Zrobić coś, co wydaje się potrzebne, czy sobie darować, żeby nie mieć dodatkowych problemów. Myślę, że zdecydowana większość młodych działa, nawet zdając sobie sprawę z konsekwencji. Konieczność tłumaczenia się przed prokuraturą i innymi organami nie jest miła, ale dopóki czuję wsparcie mieszkańców, to robię swoje.

 

Widziałem na pańskim Facebooku wezwanie z prokuratury do dostarczenia dokumentacji w sprawie przetargów dotyczących kilku inwestycji, zatrudniania w urzędzie i innych danych. Rzeczywiście tak wiele spraw zwraca uwagę służb?

Bardzo dużo. Niemal każda decyzja budzi większe lub mniejsze kontrowersje, są zwolennicy i przeciwnicy. Są też decyzje, które mają wyłącznie przeciwników. Na przykład te dotyczące sprzedaży nieruchomości. W opinii publicznej dominuje przekonanie, że miasto powinno swoje srebra rodowe trzymać za wszelką cenę, tylko że dla miasta są to koszty, a zysk ze sprzedaży to nie tylko bezpośrednio pozyskane pieniądze, które można zainwestować, ale też nowy podatnik podatku od nieruchomości. Często również nowe miejsca pracy lub lepsze zagospodarowanie działki. Kilka razy podejmowałem decyzje, o których wiedziałem, że zostaną oprotestowane, ale byłem  przekonany, że miastu się opłacą. I co? Musiałem tłumaczyć się w prokuraturze. Nawet kiedy udało mi się kupić nieruchomość za 750–800 tys. zł, a znajdującą się obok i tej samej wielkości sprzedać za znacznie wyższą kwotę, bo ponad 1,5 mln zł, i tak mi zarzucano, że działam niezgodnie z interesem miasta. Zebrano nawet ponad 2 tys. podpisów przeciwko sprzedaży (Starachowice mają ok. 49 tys. mieszkańców – przyp. red.).

 

Ale poparcie w wyborach w 2018 roku miał pan nie najgorsze.

84,5 proc. To drugi wynik w kraju w miastach prezydenckich. Przy takich zastrzeżeniach i uwagach, jakie były kierowane wobec mojej osoby, był sporym zaskoczeniem i jest dla mnie niezwykle motywujący. Kilka miesięcy przed wyborami miałem serdecznie dość tej pracy. Poparcie dało mi nową energię i przekonanie, że warto poświęcić jeszcze trochę życia dla miasta.

 

Przed pana pierwszymi wyborami w 2014 roku wyrzucono pana z partii. Dlaczego?

Nie wiem. Mogę tylko opisać w skrócie moje doświadczenia. Wstąpiłem do Platformy Obywatelskiej za namową europosłanki Róży Thun, dla której pracowałem. Powiedziała, że skoro jestem tak krytyczny wobec działań partii, to dlaczego nie spróbuję jej zmienić od środka? Wkrótce zostałem najmłodszym szefem struktur powiatowych w kraju (rok urodzenia 1989 – przyp. red.). Od tego momentu zaczęły się moje problemy. Sugerowano mi, żebym się wytłumaczył, że nie zamierzam startować w wyborach do parlamentu. Ale ja nie widziałem takiej konieczności. Skoro nigdy nie zamierzałem kandydować do Sejmu, dlaczego miałbym się z tego tłumaczyć? W wyniku nie do końca jasnego dla mnie konfliktu, mniej więcej po pół roku rozwiązano struktury, którymi kierowałem. Odwołaliśmy się do zarządu krajowego partii, a ten nasze odwołanie przyjął. Ale w głosowaniu esemesowym zarząd PO wykluczył mnie z partii. Taki tryb przewidziany jest dla największych aferzystów. Dowiedziałem się o tym w nietypowy sposób. Dzień przed moimi urodzinami, 29 lipca 2014 roku zadzwoniła do mnie pani z zarządu krajowego z prośbą o podanie adresu mailowego. Zapytałem, o co chodzi? Po dłuższej wymianie zdań powiedziała, że prześle mi uchwałę o wykluczeniu mnie z Platformy Obywatelskiej. Zapytałem, dlaczego mnie wykluczają, ale nie uzyskałem odpowiedzi. Chciałem się jeszcze dowiedzieć, czy jest jakieś uzasadnienie, bo przy rozwiązaniu struktur takowego nie było. Pani odpowiedziała, że nie ma, ale jest podstawa prawna. Okazało się, że „naraziłem na szwank dobre imię Platformy Obywatelskiej”. Po tym, co się stało, nie chciałem już mieć nic wspólnego z tą organizacją, jednak znajomi namówili mnie do złożenia odwołania, żeby mi chociaż pokazano, za co zostałem wykluczony. Przez kilka miesięcy nikt się ze mną nie skontaktował. Dopiero kiedy wygrałem wybory na prezydenta Starachowic, zaproszono mnie na posiedzenie krajowego sądu koleżeńskiego. W tym momencie nie byłem już zainteresowany członkostwem w PO, chciałem tylko normalnie się rozstać. Jedynym zarzutem, jaki usłyszałem, było to, że jako szef struktur powiatowych doprowadziłem do konfliktów i że z mojego powodu Platformę opuściła jedna z radnych Agnieszka Cheda. Słaby argument. Dowodem na to, że nie ja byłem powodem jej odejścia, jest fakt, że Agnieszka Cheda w tych wyborach (z 2018 roku) została radną z mojego komitetu.

 

Czyli odczuł pan na własnej skórze, jak działają partie. To nie jest chyba tylko domena PO. Struktury lokalne generalnie mają niewiele do powiedzenia. Opłacało się w ogóle wstępować do partii?

Jestem bardzo wdzięczny wszystkim osobom, z którymi zetknąłem się podczas działalności w PO. Dużo z tego wyniosłem. Dla mnie to było ogromnie ważne doświadczenie życiowe. Jednego dnia miałem dziesiątki kolegów, koleżanek, a następnego dnia stałem się persona non grata, z którą nikt nie chciał rozmawiać i nie wiadomo dlaczego. Wszystko wskazywało, że miałem zniknąć w ogóle z życia publicznego. Latem 2014 roku kilkoro znajomych namówiło mnie, żebym się nie poddawał i sam wystartował na prezydenta miasta z lokalnego komitetu. Spróbowałem i wygrałem, mimo że wydawało mi się na początku, że jestem na straconej pozycji. Muszę jednak przyznać, że przeszła mi ochota na wstępowanie do jakiejkolwiek partii, ale nie mam żadnego problemu, żeby z nimi współpracować.

 

Tym bardziej, że na obecnym stanowisku musi się pan z partiami dogadywać. Z Warszawy czasem dzwonią?

Nie tylko dzwonią, ale jestem chyba lepiej widziany w centralach partyjnych niż w lokalnych strukturach. Grzegorz Schetyna podczas spotkania przedwyborczego w Starachowicach zapytany o kandydata powiedział, że partia nikogo nie wystawi, bo „macie tutaj świetnego prezydenta”. Lokalne struktury miały zupełnie inne zdanie. Ówczesny marszałek Świętokrzyski Adam Jarubas na konferencji przedwyborczej też wyraził poparcie dla mnie, choć lokalni działacze PSL ode mnie się odcinali. Z Nowogrodzkiej dostałem telefon, że Komitet Polityczny Prawa i Sprawiedliwości udziela mi poparcia. Wcześniej zapytali, czy zgadzam się na to. Odpowiedziałem, że oczywiście, to dla mnie zaszczyt i wyróżnienie. Ale lokalne struktury PiS wspierały zakulisowo kogoś innego…  Staram się o dobrą współpracę z wojewodą, ministrami, szefami różnych instytucji rządowych bez względu na ich polityczne zaplecze. Tak było za rządów PO-PSL i tak jest obecnie.

 

Mówi się, że Donald Trump prowadzi politykę przez Twittera. Patrząc na pana aktywność w mediach społecznościowych można chyba powiedzieć to samo. Tyle że pan bazuje na Facebooku. To naturalne środowisko, efekt szkoleń, przemyślana strategia?

Od pierwszego dnia prezydentury staram się komunikować z mieszkańcami przez ten portal. Zdecydowanie więcej osób korzysta z niego, niż czyta lokalne gazety. Wiele osób mi mówiło, że mój profil stał się dla nich podstawowym źródłem wiedzy o tym, co dzieje się w mieście. Także dla mnie to także świetne źródło informacji. Wiem, co ludzie myślą o tym, co się w mieście dzieje. Co sądzą o mnie.

 

A co z hejtem?

Jakoś sobie radzę. Mam jedną zasadę, dzięki której jestem zdrowszy. Nie czytam forów internetowych. A na Facebooku staram się blokować wszystkich, którzy mają sztuczne konta. Nie chcę, żeby mi zaśmiecali tablicę i głowę. To oczywiście zajmuje wiele czasu. W niemal każdej wolnej chwili wchodzę na Facebooka i sprawdzam, co tam się dzieje. Odpisuję na pytania. Sporą część wieczorów temu poświęcam.

 

Przeglądając najważniejsze inwestycje miasta nie znalazłem niczego naprawdę wielkiego. Jest oczywiście wiele drobnych inwestycji, modernizacji, remontów, napraw. To pana pomysł na miasto, filozofia, czy po prostu efekt oceny potrzeb?

Trzeba było nadrobić wiele opóźnień nawet w sprawach, które w wielu innych miastach są oczywistością. Główne ciągi komunikacyjne były w fatalnym stanie, do tego stopnia, że autobusy miejskie niszczyły sobie zawieszenie. To był absolutny priorytet: zadbać o drogi, którymi porusza się komunikacja. To nie jest widowiskowe. Drugą sprawą były drogi gruntowe. Tego też specjalnie nie widać, ale dla mieszkańców było ważne. Wiele osób brodziło po kostki w błocie od nawet kilkudziesięciu lat. Budujemy kanalizację deszczową, która na naszym pagórkowatym terenie jest niesamowicie droga. To miliony złotych, które poszły pod ziemię. Wykonaliśmy termomodernizację obiektów miejskich. To były główne zadania na pierwszą kadencję. Mój wynik wyborczy pokazuje, że mieszkańcy zgadzają się z takim podejściem, nawet jeśli nie jest specjalnie widowiskowe. Teraz przyszedł czas, by zadbać o przestrzeń miejską. Pierwsze zadanie to regulacja własności gruntów z PKP i Wodami Polskimi. Jesteśmy na etapie uzyskiwania pozwoleń na budowę. Pierwszym z siedmiu etapów rewitalizacji ma być park miejski, wybraliśmy już wykonawcę. Koszt – 12,5 mln zł. Nasze szacunki były o kilka milionów niższe, dlatego szukamy nowych źródeł finansowania, bo pieniędzy unijnych przyznanych nam na rewitalizację na wszystko nie wystarczy.

 

Co dalej?

Chcemy zrewitalizować place przydworcowe, które nie należą do gminy. Porządkujemy sprawy własnościowe. Prawdopodobnie będziemy te tereny dzierżawić. Chcielibyśmy przejąć je na własność, ale PKP nie są chętne. Każdemu, kto pomógłby nam i nakłonił władze PKP do przekazania tych terenów, będę ogromnie wdzięczny. My i tak od lat o nie dbamy, chcemy je zrewitalizować, żeby lepiej służyły także pasażerom kolei.

 

Nie pan jedyny ma podobne problemy.

Ale tu naprawdę było okropnie. Nawet toalety typu toi-toi nie było. Dziś toaleta jest, ale dzierżawię ją od PKP, wydałem kilkadziesiąt tysięcy z miejskiej kasy na remont, żeby nadawała się do użytku.

 

Zaraz ktoś powie: dlaczego miasto wydaje pieniądze na remonty na nie swoich terenach?

Jasne! A ja dostawałem skargi od ludzi, którzy przyjechali na dworzec i nie mieli gdzie załatwić swojej potrzeby. Kto za to obrywa? Nie PKP i nie PKS, tylko prezydent. Mnie było za to wstyd i dlatego robię to, co teoretycznie nie powinno mnie interesować. Tych terenów nie kupię, bo miasta nie stać na to. Dworca nie przejęliśmy, bo cena za dzierżawę była astronomiczna. Jeśli mogę, to zaapeluję na łamach „Wspólnoty” o przekazanie budynków miastu. Wyremontujemy je i zadbamy o nie.

 

Przyjęliście niedawno nową strategię rozwoju. Jak powstawała?

Ona wynika z Gminnego Programu Rewitalizacji, nad którym pracowaliśmy z ekspertami i mieszkańcami, ale przede wszystkim zaangażowani byli pracownicy urzędu. Strategia powstała w podobny sposób. Zamiast zdać się na firmy zewnętrzne, które nie mają zielonego pojęcia o mieście, po pierwsze, wykorzystujemy doświadczenie pracowników, po drugie, mieszkańców jako partnerów. Dzięki temu obecna strategia znacznie lepiej odzwierciedla nasze potrzeby.

 

Poprzednią stworzyła firma zewnętrzna?

Tak i to było widać. Teraz firma jedynie pomagała nam włożyć część pomysłów w odpowiednie ramy.

 

Co jest najważniejsze w nowej strategii? Jakie są główne bolączki miasta, pomysły na rozwój?

Naszym priorytetem jest budownictwo mieszkaniowe i rewitalizacja przestrzeni miejskiej. Chcemy jak najwięcej osób zatrzymać w mieście. Codziennie dojeżdża do nas do pracy 10 tys. ludzi. Jest tu fabryka MAN-a i inne duże zakłady produkcyjne. Zależy nam, by chociaż część tych osób osiedliła się u nas na stałe. Żeby to było możliwe, musimy im stworzyć jak najlepsze warunki mieszkaniowe i dlatego staramy się pobudzić rynek oraz sami budujemy, m.in. w ramach Mieszkania Plus. Druga rzecz to atrakcyjna oferta kulturalna i sportowa na spędzenie wolnego czasu.  Pracujemy nad tym.

 

Można się wybrać do kina albo teatru?

Kina są dwa, ale teatr albo w Radomiu, albo w Kielcach.

 

Demografia to problem nie tylko Starachowic. Da się ten trend odwrócić?

Nie liczę na to.  Ale chcemy trochę zahamować odpływ mieszkańców. To już będzie sukces.

 

Powstała Ścieżka Stara?

Tak. W kilku miejscach Starachowic stanęły ciężarówki odrestaurowane nieodpłatnie przez lokalne firmy, które tworzą Ścieżkę Stara. Teraz planujemy w różnych częściach miasta postawić ministary. Coś w rodzaju wrocławskich krasnali.

 

Czyli nie będziecie walczyć ze skojarzeniem: miasto stara?

Nie, wręcz przeciwnie. Ze Starachowicami star już zawsze będzie związany. Dla nas to nawiązanie do tradycji motoryzacyjnej. Największe firmy w mieście działają w branży motoryzacyjnej: PKC Group zatrudnia 2500 osób i produkuje wiązki elektryczne dla samochodów różnych marek, MAN zatrudnia 3500 osób. Do tego mniejsze firmy lokalne kooperujące lub produkujące podzespoły.

 

Miejskie autobusy są z fabryki MAN-a?

Niestety, nie. 10 lat temu przetarg wygrał Mercedes. Pewnie bardzo mu zależało. Jak będziemy teraz kupowali autobusy dla komunikacji  miejskiej, to liczę, że konkurencja będzie równie duża. Zamówimy autobusy z silnikiem spalinowym Euro 6, a w następnym etapie na gaz CNG. Ciekawostką jest, że w mieście można zobaczyć autobusy MAN-a, ale to pojazdy wyjeżdżające z fabryki, które jadą do krajów ze wszystkich stron świata. Mają napisy we wszystkich językach. Często bardzo egzotycznych.

Podziel się!

Aby dodać komentarz, zaloguj się.