Nie pozwólmy, aby ideologia zniszczyła bieszczadzkie skarby

Autor: Janusz Król / 16.04.2019
W samorządach
Nie wolno rezygnować z zasobów, które mamy. Eksploatacja złóż ropy była tu prowadzona przed wojną i nadal się ją prowadzi. Przez wieki te tereny były silnie zaludnione, intensywnie wykorzystywano zasoby naturalne, a jednak przyroda na tym nie traciła – mówi starosta bieszczadzki Marek Andruch. Opowiada też o braku pieniędzy na utrzymanie dróg w górskich rejonach i walce z wykluczeniem komunikacyjnym.

Jedną z ostatnich inicjatyw rządu jest walka z wykluczeniem komunikacyjnym. Ma ona polegać na wsparciu samorządów w przywracaniu zlikwidowanych połączeń lokalnych na obszarach niezurbanizowanych. Powiat bieszczadzki jest najrzadziej zaludnionym powiatem w Polsce, liczy zaledwie 22 tysiące mieszkańców…

…na tysiąc kilometrów kwadratowych powierzchni.

 

A połowa z nich mieszka w mieście powiatowym. Jak sobie radzicie z organizacją transportu publicznego?

Program rządu znam tylko z zapowiedzi. Podobno ma być w tej sprawie ustawa, a zadanie mają realizować powiaty. Jak to będzie wyglądało w szczegółach, czy będzie jakaś pula pieniędzy na dopłaty, czy mają być wzmocnione jakieś kierunki, nie wiem. Oczywiście, mamy problem z wykluczeniem komunikacyjnym, a głównym powodem jest niewielka liczba osób zamieszkujących rozległe terytorium. W pewnej chwili mieliśmy tu bardzo gorący problem, bo prywatny przewoźnik Arriva, który obsługiwał linie lokalne, wycofał się, ponieważ przychody, jakie osiągał, były za niskie, aby tę działalność mógł uznać za rentowną. To była trudna sytuacja, bo wiele osób z odległych miejscowości korzysta z transportu zbiorowego. Jednak najpoważniejszym problemem był dowóz dzieci do szkół. Udało się nam dogadać z PKS Jarosław – to spółka należąca do samorządu powiatu jarosławskiego – który teraz jeździ na tych samych trasach i według tego samego rozkładu co Arriva. Mogę powiedzieć, że właściwie każda nasza miejscowość ma połączenie autobusowe, ale tych połączeń jest za mało, albo są nie w tym czasie, co potrzeba. Dzieje się tak, bo zasadniczo kursy są skoordynowane z dowozem dzieci do szkół. A to czynnik decydujący, gdyby nie dowóz dzieci i pieniądze, które z tego tytułu wypłacają gminy, przypuszczam, że nikt by się tu u nas nie pojawił. Myślę, że program rozwoju połączeń lokalnych, który zapowiada rząd, na pewno przyda się takim powiatom, jak nasz, bo powinniśmy zintensyfikować przewozy. Chodzi o to, żeby nie zdarzały się sytuacje, że dzieci dojeżdżające do Ustrzyk Dolnych spóźniają się na lekcje, bo mają jeden autobus i przyjeżdża on nie o ósmej a koło dziewiątej. Natomiast komunikacja międzypowiatowa działa raczej dobrze i nie wymaga korekt. W tym przypadku ewentualne zwiększenie liczby kursów zależy jedynie od liczby chętnych pasażerów. Szkoda, że nie jest wykorzystywana komunikacja kolejowa, linia kolejowa prowadzi do samych Ustrzyk i dalej do Chyrowa na Ukrainie, ale obecnie kursowanie pociągów jest zawieszone. Gdyby popracować nad tym problemem, to okazałaby się ona ważnym instrumentem dostępności Bieszczadów zarówno z Polski, jak i zagranicy. Przy współpracy ze Słowacją i z Ukrainą byłby to niezwykle istotny czynnik rozwoju turystyki w naszym regionie, a lokalnie kolej też miałaby znaczenie, bo ludzie mogliby dojeżdżać pociągiem do pracy na przykład w Sanoku.

 

 

Przebudowa jednego mostu na inny niż drewniany to wydatek paru milionów złotych. Tyle kosztuje nawierzchnia na kilku kilometrach drogi. Natomiast budowa mostu na nieco większej rzece to już wydatek ponad 10 mln zł. Nie potrafię sobie wyobrazić, w jaki sposób ze środków samorządu moglibyśmy temu podołać, skoro mamy setki mostków i mostów na licznych potokach i rzeczkach, a każdy meandrujący strumień droga musi przekraczać kilkakrotnie.

 

 

Może warto skorzystać z doświadczeń innych regionów. Starosta przasnyski doprowadził do umieszczenia w kontrakcie wojewódzkim linii kolejowej Ciechanów – Przasnysz – Chorzele, dolnośląskie samorządy skupione wokół prezydenta Wałbrzycha Romana Szełemeja pozyskały ogromne dofinansowanie na modernizację lokalnej linii kolejowej. Warto podjąć współpracę z kolegami i marszałkiem także na południowo-wschodnim krańcu Polski.

Nasze starania o uruchomienie tej linii mają długą historię, sam angażuję się w to od czterech lat i już kilka razy wydawało się, że problem da się szybko rozwiązać. Był pomysł, aby tę linię obsługiwała spółka prywatna przy współpracy samorządów…

 

…zaczynając od marszałka, bo transport kolejowy to zadanie województw.

Zaczynając od marszałka. Na dziś problemem są kwestie techniczne i finansowe, bo linia musi zostać zmodernizowana, a w zależności od parametrów, które miałaby osiągnąć, modernizacja kosztowałaby od kilku do pewnie stu milionów złotych. PKP PLK musi na to zadanie znaleźć środki. W sprawie tej linii pałeczkę lidera ma powiat sanocki, a my go wspieramy. Trzeba jednak pamiętać, że jest jakaś gradacja problemów i transport kolejowy nie jest największą bolączką naszych mieszkańców.

 

Wróćmy do kwestii transportu drogowego. Samorząd powiatowy ma ustawowy obowiązek zajmowania się komunikacją publiczną. Czy powiat bieszczadzki rozważa powołanie przedsiębiorstwa komunikacji publicznej?

Nasze obowiązki dotyczą organizacji transportu ponadgminnego. PKS Jarosław jest spółką ze stuprocentowym udziałem jarosławskiego samorządu i padła propozycja ze strony starosty jarosławskiego, byśmy do tej spółki dołączyli, ewentualnie współtworzyli spółkę zależną działającą na naszym obszarze. Temat chwilowo przycichł, ale sądzę, że powróci w związku z rządowym programem, o którym rozmawiamy. Kiedyś PKS miał w Ustrzykach zajezdnię, ale została sprzedana, więc moglibyśmy taką zajezdnię zorganizować, aby umożliwić stacjonowanie pojazdów, moglibyśmy też pomóc w zakupie nowych aut. Nie zakładamy tworzenia nowego podmiotu, opowiadam się raczej za dołączeniem do PKS Jarosław albo za inną formą wsparcia.

 

Z komunikacją publiczną wiąże się problem stanu dróg. Powiat jest rozległy, jego budżet nie przekracza 40 mln zł…

…uzupełniony środkami zewnętrznymi sięga 50 mln zł, podstawowy wynosi ok. 30 mln zł.

 

Z tego zapewne na drogi uda się przeznaczyć nie więcej niż 10 procent?

Na bieżące utrzymanie.

 

A inwestycje? Ostatnio jeździłem po okolicy zwiedzając stare drewniane cerkiewki i widziałem wąskie drogi, kiepskie mosty. Biorąc pod uwagę środki, którymi pan dysponuje, to w zasadzie niewiele może pan zrobić, aby stan dróg poprawić.

W minionej perspektywie na inwestycje w drogi należące do powiatu wydaliśmy ponad 27 mln zł. To były środki krajowe i unijne. Udało nam się wiele dróg poprawić, bo gdyby pan jeździł nimi kilka lat temu, to czułby się pan jak na Ukrainie. Jeśli chodzi o przejezdność, to poza drogą Skorodne–Polana–Lutowiska wszystkie zostały przebudowane i mają nawierzchnię asfaltową. Ale to nie zmienia istoty rzeczy. To były jednorazowe środki, nie ma systemu wsparcia dla biednych powiatów, takich jak nasz. Istnieje wprawdzie program budowy dróg lokalnych, jednak w obecnej wersji jest on dla nas bardzo ciężki. Mówię tak dlatego, że wymaga 50-proc. finansowania, a my nie mamy tylu pieniędzy. Już w poprzedniej kadencji mówiliśmy, że wraz z wycofywaniem środków unijnych musi powstać program rządowy, który wypełni lukę finansową, bo inaczej drogi ulegną ponownej degradacji. Będziemy apelowali do ministra infrastruktury, aby rządowy program uwzględniał specyfikę słabo zaludnionych powiatów – one w kategorii dochodów liczonych per capita uchodzą za bogate, a w rzeczywistości dysponują niewielkimi środkami w stosunku do potrzeb. Paradoksalnie, mamy ponad 200 km dróg powiatowych, a w skali Podkarpacia jesteśmy na samym końcu listy i nie dostaniemy więcej niż 50 proc. dofinansowania. Przecież drogi nie da się podzielić na mieszkańca, zaś budowa kilometra kosztuje tyle samo i w tym, i w gęściej zaludnionym powiecie. Dodatkowo u nas, w górach, koszt budowy jest znacznie wyższy niż na nizinach, bo warunki terenowe i klimat nie pomagają inwestycjom. Jeśli dzisiejsze kryteria programu zostaną utrzymane, to samorządy bieszczadzkie w niewielkim stopniu z niego skorzystają. Jeśli chodzi o mosty, to sprawa jest niesamowicie trudna. Przebudowa jednego mostu na inny niż drewniany to wydatek paru milionów złotych. Tyle kosztuje nawierzchnia na kilku kilometrach drogi. Natomiast budowa mostu na nieco większej rzece to już wydatek ponad 10 mln zł. Nie potrafię sobie wyobrazić, w jaki sposób ze środków samorządu moglibyśmy temu podołać, skoro mamy setki mostków i mostów na licznych potokach i rzeczkach, a każdy meandrujący strumień droga musi przekraczać kilkakrotnie. Remontujemy te mosty, modernizujemy, ale jeszcze nie pokusiliśmy się o całkowitą przebudowę. Ma to zresztą pozytywną stronę, bo drogi mają niezbyt dużą nośność, więc gdybyśmy puścili po nich ruch bez żadnej kontroli, to w ciągu dwóch trzech sezonów niewiele by z nich zostało. Gdybyśmy musieli zapewnić pełną dostępność tych terenów choćby dla samochodów z drewnem, to wszystkie mosty musiałyby mieć podniesiony tonaż do 20 ton i w całości wymienione.

 

 

Gospodarka leśna na terenie Bieszczad zawsze była, jest i będzie. Zalesienie naszego powiatu przekracza 70 proc., znaczący odsetek mieszkańców w tym sektorze znajduje pracę. To są miejsca pracy niezastępowalne, nie ma dla tych ludzi pracy w innej branży. Ograniczanie gospodarki leśnej, gdy dla żyjących tu ludzi nie przygotowano żadnej alternatywy, jest ekonomicznym niszczeniem społeczności.

W ten sposób doszliśmy do trzeciego tematu rozmowy – do gospodarki. Dużą rolę w powiecie odgrywa gospodarka leśna, a ostatnio stał się pan obiektem ataku ze strony samozwańczego ideologa eko-terrorystów Michała Żmihorskiego, który uruchomił nawet „Gazetę Wyborczą”, bo pochwalił pan komendanta Straży Leśnej za działania antyekologiczne.

Gospodarka leśna na terenie Bieszczad zawsze była, jest i będzie. Zalesienie naszego powiatu przekracza 70 proc., znaczący odsetek mieszkańców w tym sektorze znajduje pracę. To miejsca pracy niezastępowalne, nie ma dla tych ludzi pracy w innej branży. Ograniczanie gospodarki leśnej, gdy dla żyjących tu ludzi nie przygotowano żadnej alternatywy, jest ekonomicznym niszczeniem społeczności. Nie jestem wrogiem ekologów, nie mam do nich negatywnego podejścia, ale rozsądek jest potrzebny. Z czegoś ci ludzie tutaj muszą żyć! Mówi się: chrońmy przyrodę, przyroda jest naszym dobrem, naszym kapitałem, a więc mieszkańcy powinni mieć z tego korzyść. Jaką? Agroturystyka, hotele, gastronomia, usługi itd., ale to nieprawda, bo kiedy chcą cokolwiek zrobić, to okazuje się, że nie wolno budować, bo są jakieś siedliska, jakieś inne ograniczenia prawne w obszarach chronionych, bo ci ludzie nie mają kapitału i nie ma go skąd wziąć. Zatem skoro nie można prowadzić towarowej gospodarki leśnej, nie można wydobywać kamienia, eksploatować kopalin, to na miły Bóg, co ten człowiek ma robić? A jeszcze się nam mówi, że musimy zrobić Turnicki Park Narodowy. Dla mnie to hipokryzja. Niech ci ludzie przyjadą, niech zamieszkają tam, gdzie chcą chronić przyrodę i zobaczymy, jak długo pożyją. Z Warszawy, Rzeszowa czy z Przemyśla łatwo jest być ekologiem w Bieszczadach. Nie sztuka mieć działkę rekreacyjną w górach – tu trzeba mieć 20 hektarów ziemi uprawnej i spróbować poradzić sobie ze wszystkimi ograniczeniami, które się narzuca miejscowym. Uważam, że Bieszczady powinny wykorzystywać walor środowiskowy, że przemysł turystyczny powinien mieć dobre warunki rozwoju, że powinno tu przyjeżdżać dwa razy więcej ludzi niż obecnie, ale ten przemysł nie powinien być skoncentrowany w kilku miejscach, bo za chwilę góry stracą swoją atrakcyjność. Przecież turyści nie przyjeżdżają, aby się kisić, tylko chcą mieć przestrzeń, ciszę, powietrze itd. Trzeba znaleźć pieniądze na zdywersyfikowanie tego ruchu, na drogi, na służbę zdrowia, na rozwój infrastruktury turystycznej. Ludzie w Bieszczadach są ubodzy, nie mają kapitału, więc powstają wyspy. Przyjeżdża jeden czy drugi bogaty biznesmen i buduje sobie turystyczną wyspę, ale to nie ma ekonomicznego wpływu na okolicę. Samorządy muszą zwiększyć swoją organizatorską rolę, musi też pojawić system finansowania małych przedsiębiorców agroturystyki, aby mogli zbudować swoją ofertę. Jako samorządy powołaliśmy już Bieszczadzkie Centrum Turystyki i Promocji, które zajmuje się m.in. dywersyfikacją ruchu turystycznego. Chodzi o całe Bieszczady, a dla nas w szczególności o kilka miejsc: Ustrzyki, Zatwarnicę, Beniową, Bystre, Czarną i Ropienkę. Chcemy zrewitalizować przedwojenną rafinerię Fanto, aby nadal służyła mieszkańcom, choć w inny niż kiedyś sposób. Chcemy w tym centrum koordynować rozwój turystyki, bo dzisiaj nie ma jednego ośrodka koordynacyjnego, będziemy rozwijać inicjatywy transgraniczne i promować region.

 

Jednego nie rozumiem. Trzeba rozwijać turystykę, ale dlaczego mielibyście nie korzystać gospodarczo ze środowiska, dlaczego nie mielibyście pozyskiwać drewna z lasu, eksploatować złóż kopalin, wydobywać kamienia z kamieniołomów? Tu nawet nie chodzi o to, z czego będą żyli miejscowi, ale dlaczego mamy rezygnować z naszych zasobów jako naród?

Nie wolno rezygnować z zasobów, które mamy. Eksploatacja złóż ropy była tu prowadzona przed wojną i nadal się ją prowadzi. Przez wieki te tereny były silnie zaludnione, intensywnie wykorzystywano zasoby naturalne, a jednak przyroda na tym nie traciła. Wskutek wojny Bieszczady zostały wyludnione do zera, potem podjęto wysiłek zagospodarowania, ściągnięto ludzi z innych regionów, zainwestowano duże pieniądze. Czy dzisiaj z powodów ideologicznych mamy to wszystko utracić, zmarnować?

Podziel się!

Aby dodać komentarz, zaloguj się.