Odeszliśmy daleko od normalnego funkcjonowania państwa

Autor: Janusz Król / 10.10.2019
W samorządach
Jeżeli premier krytykując samorządy mówi, że oszczędzają na oświacie, podczas gdy widać, że dopłacamy coraz więcej, a nakłady na oświatę w relacji do PKB spadają, to coś się nie zgadza. Nie ma naszego przyzwolenia na taką politykę, to wprowadzanie w błąd opinii publicznej – mówi Zygmunt Frankiewicz, prezydent Gliwic, prezes Związku Miast Polskich.

Przedstawiciele rządu twierdzą, że w ostatnich latach silnie wzrosły dochody samorządu. To oczywiście prawda, ale wielu samorządowców podkreśla, że mają to swoje źródło w transferach socjalnych, przy obsłudze których samorząd jest tylko kasjerem. Zatem wzrost dochodów jest realny czy pozorny?

Oczywiście transfer środków z Programu 500+ zwiększa wolumen naszych dochodów, tyle tylko że te pieniądze nie dają nam żadnych możliwości rozwojowych, na przykład zaciągania kredytów na inwestycje. Natomiast nasze przychody z podatku dochodowego od osób fizycznych i od osób prawnych faktycznie wzrosły, w latach 2015–2018 jest to kwota ponad 15 mld zł. Ale to nie jest żaden ewenement, poprzednio te dochody także rosły intensywnie aż do roku 2008, w latach 2009–2010 doszło do załamania, zanotowaliśmy nawet spadki. Było to spowodowane podobną akcją, z jaką mamy do czynienia teraz, mianowicie obniżeniem stawek podatku PIT przez poprzedni rząd Prawa i Sprawiedliwości. Skutki tamtej obniżki były widoczne praktycznie aż do dziś. Dopiero ostatnio tempo wzrostu dochodów z tego źródła odzyskało dynamikę sprzed 2009 roku. Zatem mówienie, że ostatni wzrost dochodów jest czymś nadzwyczajnym, nie jest usprawiedliwione.

 

Jakie miejsce zajmuje PIT w strukturze dochodów samorządowych, jakie zmiany zaszły w ostatnich 15 latach?

Podatek od dochodów osobistych jest głównym dochodem jednostek samorządowych, samorząd rozumiany łącznie ma w nim około 50-proc. udział. Zatem każda redukcja stawek podejmowana przez rząd ma natychmiast dramatyczne konsekwencje dla naszych budżetów. Drugim istotnym źródłem są transfery socjalne, a to oznacza, że w naszych dochodach gwałtownie rośnie udział dotacji, natomiast spadają dochody własne. Nie byłoby w tym nic groźnego, gdyby nie zamach na dochody własne. Właśnie to powoduje, że uchwalenie budżetów na 2020 rok będzie wyjątkowo trudne, możliwe nawet, że większość samorządów będzie musiała dokonać nadzwyczajnych cięć w wydatkach. Mówiliśmy, że wzrosły dochody, ale nie wspomnieliśmy, że w tym czasie wzrosły też wydatki. Dochody z PIT-u biorą się z płac, więc zanim wpłyną podatki z tego tytułu, pracownikom trzeba wypłacić wynagrodzenia. Samorząd jest największym pracodawcą w Polsce, zatrudnia około 2,5 mln osób, którzy wcześniej wskutek ogólnego wzrostu płac musieli otrzymać podwyżki. Policzyliśmy, że wzrost kosztów w związku z wyższymi wynagrodzeniami i pochodnymi oraz zakupem usług i materiałów to w analogicznym okresie kwota 19 mld zł, czyli o 4 mld więcej od wzrostu dochodów z udziału w podatkach państwowych.

 

W kilku obszarach kryzys finansów samorządowych ujawnia się z ogromną siłą, jednym z najbardziej dolegliwych jest edukacja. W czym, pana zdaniem, tkwi jego istota?

Kiedy kształtowany był system finansów publicznych założono, że utrzymanie oświaty – a już na pewno wydatki płacowe – będzie mieć pokrycie w subwencji oświatowej. Teraz wszystko się zmienia. Wskutek negatywnych tendencji samorządy dopłacały do oświaty coraz więcej ze swoich własnych budżetów. Niektóre chciały to robić, bo zależało im na lepszym standardzie, niektóre musiały, bo pieniędzy z subwencji nie wystarczało nawet na płace. A teraz retoryka rządzących sprawia wrażenie, jakby finansowanie oświaty przez rząd było łaską świadczoną samorządom, bo przecież jest to zadanie własne gmin.

 

W 2013 roku opublikowaliśmy kilka artykułów i kontynuowaliśmy ten temat w następnych latach piórem Andrzeja Gniadkowskiego i dr. Bogdana Stępnia. Nasi autorzy pokazywali, że na przełomie 2011 i 2012 roku Ministerstwo Finansów skokowo obniżyło kwotę subwencji przekazywanej samorządom. Przyznam, że nie pamiętam wówczas dużego zaangażowania organizacji samorządowych w obronę finansów. Od tamtego czasu – jak policzyliśmy w redakcji – globalna wartość subwencji jest zaniżana o około 1,5 mld złotych rocznie.

Mam przed sobą wykres, jak rosła subwencja, jak wzrastały koszty oświaty w samorządach i jak zmieniała się luka finansowa, czyli to, co samorządy musiały dopłacać. Cały czas z równym nasileniem ta luka się zwiększała, ale w ostatnich dwóch latach dynamika wzrostu dopłaty jest dwu- lub trzykrotnie większa. Tego nigdy wcześniej nie było.

 

Czym to jest spowodowane?

Niedoszacowaniem kosztów oświaty oraz zmianą filozofii: samorząd ma ją finansować i koniec!

 

Skoro jednak zasada liczenia subwencji się nie zmieniła i one nawet rosły, a mamy do czynienia z nagłym spadkiem, to musi być jakaś konkretna przyczyna.

Subwencja, owszem, rosła, ale wolniej niż poprzednio. Nigdy w przeszłości nie było tak wolnego tempa wzrostu, tymczasem koszty w tym czasie wzrastały dramatycznie. Do tego dochodzi retoryka, która jest ważna dla atmosfery, w której żyjemy. Jeżeli premier rządu Rzeczypospolitej Polskiej krytykując samorządy mówi, że oszczędzają na oświacie, podczas gdy widać, że dopłacamy coraz więcej, a nakłady na oświatę w relacji do PKB czy nawet budżetu państwa spadają, to coś się nie zgadza. Nie ma naszego przyzwolenia na taką politykę, to wprowadzanie w błąd opinii publicznej. Rząd ogranicza swoje zaangażowanie w oświatę, wprowadza bzdurną reformę, bo to nie tylko koszty, ale i połamane życiorysy młodych ludzi, kreuje złą atmosferę i przerzuca na samorządy odpowiedzialność za swoje błędy. Z tego widać, że coś się w polskiej polityce generalnie zmieniło, bo wcześniej bywało różnie, ale zawsze było jakieś partnerstwo, przynajmniej dawało się rozmawiać.

 

Podobnie trudnym obszarem, jak oświata, jest służba zdrowia. W jakim stopniu sytuacja w tym sektorze zagraża finansom samorządowym?

Ten rząd wprowadził zasadę, że w przypadku zadłużenia szpitala samorząd może albo pokryć jego długi, albo zlikwidować placówkę. Przy takim poziomie niedofinansowania usług zdrowotnych kwoty dopłat, które muszą ponosić JST, idą w dziesiątki milionów złotych w jednym mieście. To sytuacja przedzawałowa, a system jest bliski załamania. Tych obciążeń samorząd może nie przeżyć, a mieszkańcom grozi utrata resztek bezpieczeństwa zdrowotnego.

 

Sytuacja rozwierania się luki finansowej, którą pan opisuje, musi uderzyć w inwestycje. Jakie to będzie miało skutki dla małych ojczyzn i dla państwa?

Posługujemy się danymi z Ministerstwa Finansów i GUS, żeby było jasne, że sytuacja samorządów znana jest rządzącym w takim samym stopniu, jak nam. Już w 2019  roku ujemną nadwyżkę operacyjną netto będzie miała prawie połowa miast na prawach powiatu, około 40 proc. powiatów ma problemy finansowe, 865 gmin notuje ujemną nadwyżkę, a 751 zerową. Po zmianach, o których mówimy, to jest po zmniejszeniu dochodów i wzroście wydatków te jednostki i szereg następnych nie będą mogły uchwalić budżetów w normalny sposób.

 

Oczywiście, że samorządy uchwalą swoje budżety!

Aby uchwalić budżet, trzeba wykazać nadwyżkę dochodów bieżących nad wydatkami bieżącymi. Jeżeli teraz nadwyżka liczona netto ze zobowiązaniami jest ujemna lub zerowa, to bez dramatycznych cięć w wielu jednostkach będzie to trudne. Poprzednio negatywne prognozy na koniec roku okazywały się zbyt pesymistyczne, bo realizacja dochodów bywała troszkę wyższa, a wydatków niższa i nadwyżka operacyjna się powiększała, ale teraz nie musi tak być, bo w trakcie roku zmniejszono stawki podatkowe. Tego w ogóle nie powinno się robić w cywilizowanym państwie! W konsekwencji inwestycje będą pierwszym wydatkiem, który polegnie w przyszłorocznych budżetach głównie dlatego, że najtrudniej będzie ruszyć wydatki sztywne. Skutki tych cięć zostaną zwielokrotnione, bo inwestycje zwykle są wspierane zewnętrznymi pieniędzmi, głównie unijnymi. Tych środków nie będzie, więc nastąpi stagnacja i zmniejszenie inwestycji w całym państwie oraz trudności z wykorzystaniem pieniędzy unijnych.

 

Co można zrobić w tej dramatycznej sytuacji? Jakie działania podejmie Związek Miast Polskich oraz inne organizacje samorządowe?

Muszę ze smutkiem stwierdzić, że nasze działania, a są one merytoryczne, bo osobiście zawsze stroniłem od polityki, przygotowywałem się do dyskusji i posługiwałem się merytorycznymi argumentami na forum Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego, od pewnego czasu są nieskuteczne. Oczywiście w tysiącach drobnych spraw nasze argumenty są uznawane, ale w najważniejszych, takich jak finanse, płace samorządowców i wielu innych, decyzje rządu są stricte polityczne i nie pozostawiają miejsca na dyskusję. Nasze argumenty odbijają się od rządzących jak groch od ściany. Po tych doświadczeniach twierdzę, że zmiana trendu jest możliwa tylko na drodze politycznej.

 

Co to znaczy?

Na przykład przejęcie kontroli w Senacie RP i potraktowanie tej izby jako rzeczywistego organu państwa, który ma wpływ na kreowanie prawa, na politykę państwa. Dopiero tam można by bronić samorządu.

 

Musimy jednak rozpatrzyć wariant pesymistyczny. Senatu nie da się wziąć, rząd nie da pieniędzy, bo ma inne priorytety, na przykład wydatki socjalne. Jakie są zatem alternatywne scenariusze?

To jest właśnie adekwatny opis obecnej sytuacji: rząd nie da samorządom pieniędzy, a przecież nie powinno być tak, że on daje jakieś pieniądze! Samorząd ma swoje zadania i musi mieć swoje źródła dochodów, nie powinno być tak, że ktoś arbitralnie decyduje, że raz da, a raz nie. To pokazuje, jak daleko odeszliśmy od normalnego funkcjonowania państwa.

 

Rząd może powiedzieć: przecież macie swoje dochody, są wyszczególnione w ustawie, więc w czym problem?

Ale rząd PiS-u zdecydował o naszych dochodach zmniejszając stawki podatku i nie rekompensując nam strat. Zrobił to po raz drugi.

 

Jednak rządy Platformy Obywatelskiej tego nie zmieniły…

…ale kiedy Platforma mówiła, że zmniejszy podatek, to zapowiadała, że zwiększy w nim nasz udział. Obecnie na pytanie, czy będą rekompensaty, minister odpowiada, że nie przewiduje. Porównując tę sytuację do budżetu domowego: kupujemy tyle samo, mimo że zarabiamy mniej. Jakie będą skutki, łatwo sobie wyobrazić.

 

Nie ulega wątpliwości, że bez pieniędzy nie da się zrobić wielu rzeczy i że inwestycje będą musiały wyhamować, a wiele samorządów znajdzie się w trudnym położeniu. Można też przyjąć, że rząd tych pieniędzy nie da…

…choćby dlatego, że ich nie ma, bo wydał te i wiele przyszłych dochodów już przed wyborami, żeby zapewnić sobie przychylność wyborców. To warto podkreślać, że operacja na użytkowaniu wieczystym, na likwidacji OFE, to konsumowanie przyszłych dochodów na ogromną skalę. W przypadku OFE rząd, dzięki sztuczce, przejmie dochody samorządów, które szacujemy na około 8 mld zł. Nazwano tę daninę opłatą, a do naszych budżetów nic nie wpłynie. To zamach na samorząd.

 

Skoro spełnia się najczarniejszy scenariusz, w mocy pozostaje pytanie, czy istnieją jakiekolwiek kompromisowe scenariusze czy propozycje, rezerwy, które można by uruchomić, aby zniwelować skutki braku rekompensaty finansowej? Na przykład Związek Gmin Wiejskich mówi o konieczności likwidacji Karty Nauczyciela, niezwykle szkodliwej ustawy przyjętej w latach stanu wojennego, aby łamać kręgosłupy niepokornym nauczycielom.

Zmiana polityczna nastąpi dość szybko, bo średnia nadwyżka operacyjna w miastach wynosi około 5 proc., ale są też miasta, które mają większą nadwyżkę. W Gliwicach wynosi około 18 proc., toteż ubędzie nam 68 mln zł, ale nadal pozostanie ponad 100 mln. Ale wśród miast śląskich jakieś dwa lub trzy będą jeszcze miały jakąś nadwyżkę, reszta znajdzie się pod kreską i wytworzy się spore napięcie. Oczywiście, jeśli nadal będzie rządził PiS, pojawi się retoryka, że samorządy sobie nie radzą. Jednak na dłuższą metę nie będzie ona skuteczna. Alternatywa jest taka: albo PiS będzie rządził dalej i samorządu, jaki znamy, już nie będzie, albo większość ludzi w Polsce zrozumie, że traci coś niezwykle wartościowego i nastroje zmienią się radykalnie.

 

Kiedy ludzie staną przed alternatywą, że dostają do kieszeni pieniądze na dzieci, a podwyżka tego świadczenia nie jest możliwa, bo gmina potrzebuje tych pieniędzy na oświetlenie uliczne albo na finansowanie organizacji pozarządowych, to będą przeciwko gminie.

Ale ja dalej będę rozwijał czarnowidztwo: to nie będzie tak, że tylko w samorządach się coś załamie. Już w tej chwili inflacja jest wyższa niż oficjalnie podawana, a wskutek podwyższenia płacy minimalnej na absurdalną skalę będzie jeszcze wyższa i to ograniczy dochody ludzi korzystających ze świadczeń socjalnych. Wśród nich nastroje mogą się zmienić gwałtownie.

 

Ale te wybory PiS może wygrać.

Te tak, bo są już wkrótce. To na pewno nie będzie dotyczyło tych wyborów, trzeba patrzeć troszkę dalej, wiedzieć więcej, aby przewidzieć, co będzie za pół roku, za rok czy dwa. I jestem pewien, że w dalszej perspektywie te nastroje się zmienią, a powodem będą kłopoty gospodarcze.

 

Jak pana znam, to panu nie zależy na tym, żeby ten czarny scenariusz się ziścił. Zapewne idzie pan do polityki wierząc, że są polityczne metody zmiany tej sytuacji. Jaką siłą dysponujecie, ile szabel chcecie mieć w tej armii?

To trudne do przewidzenia, jaką siłą będziemy dysponować, choć to, ile sił chcemy mieć, mogę powiedzieć. Większość w Senacie to by było już dużo, zwłaszcza że będzie tam sporo osób z samorządu. Na tyle dużo, żeby mieć coś do powiedzenia.

 

Pan wie o tym, że w obecnym parlamencie około 70 proc. parlamentarzystów ma doświadczenia samorządowe i ci ludzie nigdy nie upomnieli się o sprawy samorządowe?

Wiem. Jest tak od dawna, bo ci parlamentarzyści nic w swoich partiach nie znaczą. Co im liderzy każą, to podpiszą, nawet najbardziej szkodliwe projekty ustaw. Proszę zobaczyć, kto się podpisał pod projektem zmiany prawa górniczego i geologicznego. Dramat. To posłowie z pochodzeniem samorządowym, między innymi ze Śląska. Dlatego nie chodzi o to, żeby w parlamencie znalazł się ktoś, kto się otarł o samorząd, a w parlamencie był uzależniony od prezesa swojej partii. Chodzi o ludzi, którzy mają charakter, samodzielną możliwość myślenia i nie boją się mówić, co myślą.

 

To tylko w Senacie, bo w Sejmie każdy, kto podskoczy, wylatuje z klubu i z list wyborczych.

Ja nie mam żadnych ograniczeń. Będę mówił w sposób nieskrępowany co myślę, jak do tej pory. Trochę więcej takich ludzi i coś się zmieni w polityce.

 

Zatem życzę panu powodzenia.

Podziel się!

Aby dodać komentarz, zaloguj się.