Pretensje wójtów i burmistrzów mnie nie interesują

Autor: Janusz Król / 23.01.2019
W samorządach
Mnie chodzi tylko o rozwój. Na terenach, gdzie były krzaki, dziś stoją budynki, piękne szkoły. Mogę to pokazać. To, że wójtowie i burmistrzowie mają do mnie pretensje, to mała sprawa, bo liczy się opinia społeczności, którą włączyłem do Rzeszowa – mówi prezydent Rzeszowa Tadeusz Ferenc.

W naszym rankingu „Sukces kadencji” za lata 2009–2013 Rzeszów zajął 5. miejsce, za lata 2013–2017 znalazł się na pozycji 4., ale w składowych tego rankingu zestawieniach było jeszcze lepiej: rozwój infrastruktury – 2. miejsce, sprawy społeczne – 3. Wykorzystanie środków europejskich dało Rzeszowowi 2. miejsce, a wydatki inwestycyjne – 3. miejsce, choć pod względem zamożności dopiero 9. Tyle o rankingach „Wspólnoty”. Według prestiżowych europejskich ośrodków eksperckich Rzeszów to najbardziej innowacyjne miasto w Polsce – mnóstwo wygranych i wyróżnień w wielu międzynarodowych rankingach i konkursach, znakomite oceny. Do tego dochodzą kolejne pańskie wygrane w wyborach na prezydenta Rzeszowa, kieruje pan tym miastem już 16 lat. To wszystko nasi czytelnicy wiedzą, bo systematycznie o tym piszemy, więc nie będzie to główny temat naszej rozmowy, zgoda?

Dobrze, niech pan pyta.

 

Szanujemy i doceniamy Pańskie sukcesy, ale sposób, w jaki niektóre z nich pan osiąga, wywołuje pretensje sąsiadów i apele organizacji samorządowych. Muszę więc pana zapytać o aneksje terenów sąsiednich gmin – dlaczego pan to robi? Nie lepsza byłaby współpraca z sąsiadami?

Nie lepsza. Mnie nie chodzi o to, aby dobrze współpracować z burmistrzami i wójtami, ale o rozwój. Na terenach, gdzie dotychczas były krzaki, dziś stoją budynki, piękne szkoły. Mogę to pokazać. Buduję dla ludzi, którzy tam mieszkają, dla tych, co tam mieszkali dotychczas i dla tych, co przyjeżdżają do Rzeszowa z Polski i zagranicy. To, że wójtowie i burmistrzowie mają pretensje, to mała sprawa, liczy się opinia społeczności, którą włączyłem do Rzeszowa. Z badań Instytutu Socjologii Uniwersytetu Rzeszowskiego wynika, że 93 proc. tych mieszkańców jest zadowolonych. Dam przykład: sołectwo Budziwój przejąłem w 2010 roku, wystąpiła tam wtedy powódź i noce spędzałem razem z mieszkańcami, aby ratować ich dobytek, teraz buduję tam inteligentny system odprowadzania i zagospodarowania wód opadowych. To inwestycja za 96 mln zł, która uwalnia ludzi od ryzyka podtopień i kłótni, kto czyje gospodarstwo zalewa. Więc pytam, czy to działanie pozytywne, czy negatywne? Kiedy ludzie żądają, abym wybudował im halę sportową, buduję ją w ciągu dwóch lat, buduję żłobki, domy kultury, drogi, bo to wszystko jest dla ludzi.

 

Jednak gmina, która traci część terytorium, traci też mieszkańców, dochody i nakłady, jakie poniosła na tych terenach. Jeśli chodzi o okolice Rzeszowa nie znam podobnych przypadków, ale jedna z gmin pod Opolem utraciła elektrownię i płynące z niej podatki, w konsekwencji z dnia na dzień stała się najbiedniejszą gminą w Polsce.

Nie będę się odnosił do tego, co dzieje się w innych gminach. Powiem, że dziś moi mieszkańcy nie wróciliby do gmin, w których mieszkali. Wójtowie, burmistrzowie są na chwilę i muszą cały czas myśleć o interesie ludzi, którzy u nich mieszkają. Jeżeli nie ma dróg, nie ma chodników, to ludzie uciekają. Gmina to nie wójt, nie burmistrz i prezydent, gmina to ludzie, którzy na przykład mają jakieś grunty warte po pięć tysięcy za ar. Ale kiedy te tereny włączam do miasta, mogą sprzedawać je jako grunty inwestycyjne, ich wartość wzrasta do dwudziestu tysięcy za ar. Ludzie tam mieszkający od razu lepiej się ubierają, kupują lepsze samochody, widać poprawę ich sytuacji. W dzisiejszej poczcie dostałem pismo od społecznego komitetu z Pogwizdowa Nowego z prośbą, aby przyłączyć ich do Rzeszowa! Ludzie tego chcą, bo w Rzeszowie pracują, uczą się, a ja zapewniam dobrą komunikację, służbę zdrowia, kulturę, rozrywkę. Na spotkaniach w szkołach ponadpodstawowych proszę, aby podnieśli ręce ci, którzy są spoza miasta i okazuje się, że aż 70 proc. uczniów nie mieszka w Rzeszowie. Mnie to cieszy, bo choć jako gmina dokładamy do każdego ucznia, to wiem, że w przyszłości oni będą chcieli zamieszkać w mieście.

 

To pan zawiesił w hallu urzędu tablicę, że 24 czerwca 1901 r. – tak, już wtedy – została uchwalona ustawa o włączeniu do Rzeszowa gminy Ruska Wieś i przysiółków Drabinianka i Staroniwa?

Wisiała tu już wcześniej.

 

Zainspirowała pana ta tablica?

Nie. Powiem panu, że sam szukam dla siebie trudności, problemów i wyzwań. Kiedy odbywam spotkania w miejscowościach, które chcę przyłączyć, a zawsze odbywam takie spotkania, za każdym razem pojawia się grupa osób przeciwnych, powiązanych z wójtem czy burmistrzem i oni mnie atakują. A ja muszę taki atak znieść dla dobra miasta. Zawsze uważałem, że Rzeszów jest za małym miastem, gdy obejmowałem stanowisko prezydenta, miał tylko 52 km kw. i pod względem powierzchni był najmniejszym miastem wojewódzkim w Polsce. Dlatego podjąłem działania, aby ten stan zmienić, mimo że inne zdanie mieli i profesor Kulesza, i profesor Regulski czy dyrektor ZMP Andrzej Porawski. Powiedzieliśmy sobie wtedy męskie słowa, ale po roku przyznali mi rację. Dodam, że sprawę ułatwia mi fakt, że mamy w mieście pieniądze. Ja nie narzekam na brak pieniędzy, ze środków unijnych pozyskujemy ich bardzo dużo.

 

Przejdźmy do innego kontrowersyjnego tematu: nie zgodził się pan na budowę pomnika Rzezi Wołyńskiej, a równocześnie mimo wniosku IPN nie pozwolił pan ruszyć pomnika Czynu Rewolucyjnego oraz – mimo uchwały rady miejskiej – pomnika Wdzięczności Armii Radzieckiej. Zastanawiam się, czy to dlatego, że jest pan przywiązany do dziedzictwa PRL?

Jeśli chodzi o pomnik wołyński, to temat był śladowy. Natomiast dla upamiętnienia tego, co stało się na Wołyniu, jedną z naszych ulic nazwałem Wołyńską.

 

Podobno był u pana Andrzej Pityński, rzeźbiarz, który stworzył Pomnik Katyński w New Jersey i proponował postawienie monumentu upamiętniającego rzeź wołyńską w Rzeszowie.

Zdecydowanie odpowiem, że ten temat nie zaistniał na poważnie. Ktoś tu był, rzucił takie hasło, ale poza tym nic się więcej nie działo. To nieprawda, że nie chciałem pomnika, gdyby była konkretna grupa, która chciałaby się tym zająć, nie miałbym nic przeciwko temu.

 

Przepraszam, ale opierałem tę informację na doniesieniach „Gazety Wyborczej” i telewizji TVN 24. Wróćmy zatem do tych dwóch pozostałych pomników.

Po pierwsze, na pomniku Wdzięczności Armii Radzieckiej są również żołnierze polscy, na czapkach mają orzełki. Nawiasem mówiąc, w ostatniej wojnie ginęli ludzie z mojej rodziny…

 

…ale chyba nie w Armii Czerwonej?

 Nie, w II Armii Wojska Polskiego.

 

W Warszawie był pomnik Braterstwa Broni, tzw. czterech śpiących, ale go rozebrano.

Dobrze, moje odczucia nie muszą się tu liczyć. Powiem panu za to, jak to było ze spotkaniem z rzeźbiarzem, profesorem Marianem Koniecznym, twórcą pomnika Czynu Rewolucyjnego. Odbywało się w hotelu Rzeszów i przyszło z 500 osób. Tylko przedstawiciel IPN domagał się zburzenia pomnika. Pozostali ludzie chcieli, aby monument pozostał. Dla młodszego pokolenia nie jest to już pomnik polityczny, a obiekt architektoniczny, który wrósł w przestrzeń miasta. Jeden z młodych uczestników spotkania powiedział do przedstawiciela IPN-u: „Wy chcecie burzyć pomniki przeszłości, ale przyjdzie czas, że inni będą chcieli wyburzać wasze”. Ten pomnik stał się niejako symbolem miasta, choć teraz coraz bardziej za symbol Rzeszowa uznawana jest okrągła kładka dla pieszych nad skrzyżowaniem ulic. Dodam, że miałem chyba ze 100 telefonów w sprawie tego pomnika, ale tylko jeden za tym, by go wyburzyć.

 

Na pewno są młodzi ludzie, którzy widzą w tych pomnikach jedynie dzieła rzeźbiarsko-architektoniczne, ale są też tacy, którzy pamiętają, że czyn rewolucyjny i obecność żołnierzy radzieckich na tym terenie były zbrodnicze.

Na terenie Rzeszowa?

 

Rzeszowa też.

Jeżeli chodzi o moje życie, to pan wie, że byłem robotnikiem. Z tego jestem dumny. Byłem sportowcem, grałem w Stali Rzeszów i Avii Świdnik, a po skończeniu szkół studiowałem na UMCS w Lublinie. Później, kiedy byłem jednym z szefów w rzeszowskim Transbudzie, nocami jeździłem po budowach. Budowaliśmy Hutę Katowice, wiele dróg, budowaliśmy też domy w samych Katowicach. Potem pracowałem w Afryce, następnie w ZBM, prezesowałem również spółdzielni mieszkaniowej. Całe życie w kotle. Rzeszów był wtedy małym miasteczkiem i kiedy patrzyłem, jak rośnie, to mnie to cieszyło. A o zdarzeniach, o których pan mówi, nie słyszałem.

 

Pamiętamy ten sam okres, gdy poszliśmy do pracy w latach 60. i 70., kiedy komuna straciła zęby i już nie mordowała, nie ścigała „band leśnych”, jak nazywano Polaków niepogodzonych z dominacją komunistów. Ale zaraz po wojnie wielu patriotów wymordowano i pomnik Czynu Rewolucyjnego nie jest tylko pamiątką tego, żeśmy kraj odbudowywali, ale znakiem zdobycia władzy przez komunę.

Przyznam, że kiedy jako młody człowiek poszedłem do pracy, to mnie nie interesowało. Teraz jest to mnie ważne jako dla prezydenta, ale akurat wskutek decyzji radnych PIS-u temat pomnika zszedł z mojej agendy, bo tereny, gdzie stoi, przekazano Kościołowi. Ja się ucieszyłem z tej decyzji, bo bernardyni pobudowali tam parkingi i piękne ogrody, a co zrobią z pomnikiem – nie wiem. Ważne, że upiększyli mi miasto. I powiem panu, że z Kościołem dobrze mi się współpracuje.

 

Generalnie samorządom w Polsce dobrze współpracuje się z Kościołem.

W czasie, kiedy ordynariuszem diecezji rzeszowskiej był biskup Kazimierz Górny, urządziliśmy piękny 17-hektarowy park Papieski w miejscu, gdzie podczas swej wizyty w Polsce był u nas Jan Paweł II. Z nowym biskupem, kiedy tylko nastał, objechaliśmy budowy Rzeszowa. Nie zdarza się to w innych miastach. Pokazywałem biskupowi, jak Rzeszów funkcjonuje i nadal często o tym rozmawiamy, a więc zajmujemy się rozwojem miasta. Duchownych cieszy, że miasto się rozwija, a mnie, że współpraca jest dobra, bo nauka, uniwersytety i Kościół instytucjonalny to czynniki miastotwórcze.

 

Porozmawiajmy o przywództwie. Nie zatrzymuje się pan, gdy trzeba podjąć kontrowersyjne działanie, nie boi się pan takich decyzji, nie boi się pan oporu. Czy prawdziwe przywództwo wymaga autorytaryzmu?

Przede wszystkim trzeba mieć autorytet. Powiem panu, że czepiam się wszystkich tematów, które dotyczą miasta. I maleńkich, i tych ogromnych, które kosztują 200 mln zł. Lubię dokładnie wiedzieć, co się dzieje w mieście.

 

Opowiadał mi taksówkarz, że kiedyś zdenerwował go jakiś wolno jadący samochód, który hamował ruch. A kiedy to auto zatrzymało się i kierowca wysiadł sprawdzić, co jest w koszach na śmieci, to okazało się, że to prezydent Ferenc kontroluje, jak działają jego służby.

Często jeżdżę, czasem nawet z żoną, i kontroluję, co się dzieje w mieście. Ostatnio sprawdzam, jak sprawuje się nasz nowy system zarządzania ruchem i jak wygląda zmiana świateł na skrzyżowaniach. Światła powinny się zmieniać w zależności od natężenia ruchu, nawet od tego, czy na ulicy poprzecznej są samochody czy nie. Czepiam się wszystkiego i wszystkich, nawet do wojewody wysłałem list, że budynek należący do urzędu wojewódzkiego jest zaniedbany. Napisałem do niego: „Panie Wojewodo, szpeci nam Pan miasto”. Dostałem odpowiedź: „Panie Prezydencie, ma Pan rację”. Zrobili remont i w tej chwili budynek wojewódzki jest piękny. W Rzeszowie nie ma graffiti, nie ma niszczenia elewacji, a niech pan zobaczy, co jest w innych miastach. Ale potrzebne było zdecydowane działanie, potrzebna była reakcja – kiedy tylko pokazało się graffiti, natychmiast musiało być zamalowane.

 

Ścigaliście ludzi, którzy mazali po ścianach?

Nie ścigaliśmy ich. Prosiliśmy. Ale czasem potrzebne są mocniejsze środki. W samym centrum miasta była działka, na której rosły pokrzywy. Należała do kolegi, z którym gram w tenisa. Ale szpeciła miasto, a on nic z nią nie robił, więc podałem go do sądu i na działce wyrósł piękny hotel Bristol.

 

Rozumiem, że potrzebna jest konsekwencja i stanowczość. Jakie jeszcze cechy powinien mieć prawdziwy przywódca?

Trzeba mieć wiedzę, trzeba mieć doświadczenie, ale to nie wystarcza. Zapewne zna pan sytuację z cenami prądu? Właśnie wysłuchałem debaty sejmowej na ten temat, zebrałem współpracowników i zapytałem, co powinniśmy zrobić. Wysłuchałem ich opinii, a potem podjąłem decyzję, przydzielając każdemu konkretne zadanie do wykonania. Trzeba umieć pracować w zespole i potrafić zarażać ludzi tym, co się robi. Pracownicy urzędu miasta są uczulenia na punkcie czystości, reagują nawet, kiedy ktoś rzuci papierek na ulicę. Gdy tu nastałem, w rynnach rosły siewki drzewek, rury były poobrywane, a po ścianach lała się woda. Na to reagowałem, a kiedy było trzeba, robiłem narady w środku nocy. Któregoś dnia rano, gdy wyjeżdżałem do Warszawy, zauważyłem na jednym ze skrzyżowań stłuczkę, bo nie działały światła. Poleciłem je naprawić. Wróciłem, sprawdziłem, nie było zrobione. Była pierwsza w nocy, kiedy wezwałem zastępcę i dyrektora odpowiedzialnego za sygnalizację świetlną, poleciłem, że do siódmej sygnalizacja ma być naprawiona. Następnego dnia o siódmej pojechałem sprawdzić, czy wszystko działa. Ludzie muszą wiedzieć, że kiedy zostanie wydane polecenie, to nie wolno go zlekceważyć.

Ale wymagam też od siebie. Na przykład, jeśli o dziesiątej rano mam konferencję w Berlinie, wyjeżdżam tam o pierwszej w nocy. Na miejscu od dziesiątej do siódmej wieczorem jestem na konferencji, potem wsiadam do samochodu – oczywiście, mam kierowcę – i następnego dnia rano jestem w pracy w urzędzie. Na szczęście mnie to nie męczy.

 

Musi pan mieć żelazną kondycję!

Przede wszystkim ważny jest ruch. Kiedy tylko mam czas, gram w tenisa. W domu mam siłownię, na podwórzu mam maszynę do wyrzucania piłek i ścianę do odbijania. Ważny jest duch walki, nie tylko w tenisie, ale też w rozmowach z Urzędem Regulacji Energetyki, w negocjacjach z prezesem LOT-u w sprawie cen. Bo bez wytrwałości i chęci wygrywania nie ma ani kondycji fizycznej, ani osiągnięć w pracy.

 

Jedną z cech Rzeszowa, na którą wszyscy zwracają uwagę, jest innowacyjność, implementacja rozwiązań smart city. To wymaga świetnego obycia z najnowszymi technologiami i zwykle kojarzy się z młodymi ludźmi. Pan do najmłodszych włodarzy nie należy, a jednak technologie są w Rzeszowie natychmiast wykorzystywane.

Kiedy wyczytam czy podpatrzę coś nowego, bezwzględnie staram się wprowadzić w mieście. Do tego potrzebne są kontakty z całym światem i śledzenie nowości. W tej chwili po ruchu cen energii w górę, na wszystkich budynkach miejskich stosujemy fotowoltaikę. W Dubaju zobaczyłem klimatyzowane przystanki komunikacji miejskiej zasilane z ogniw słonecznych, zwróciłem się do naszych inżynierów, aby rozpatrzyli, jak przy wykorzystaniu tej technologii można nasze przystanki ogrzewać zimą i chłodzić latem. Już mamy kilka przystanków z ogrzewanymi podłogami i ławkami. Wprowadziliśmy też mówiące przystanki, ludzie niedowidzący otrzymali piloty uruchamiające komunikaty głosowe o kursach autobusów. Komunikacja musi jeździć według rozkładu, dlatego jeśli jakiś autobus się spóźnia, kierowca ma możliwość wymusić zmianę świateł, a my na bieżąco kontrolujemy czas przejazdu pojazdów. Poprzez system zarządzania komunikacją miejską kontrolujemy też obłożenie autobusów na określonych liniach i o określonych porach. Wydaliśmy na to miliard złotych, ale dzięki temu możemy szybko usprawniać funkcjonowanie komunikacji publicznej.

 

Ma pan ogromne doświadczenie i wiedzę, dlatego zapytam, co by pan zmienił w sprawach dotyczących funkcjonowania samorządów?

Po stronie samorządu bezwzględnie musi być współpraca z rządem.

 

Bez względu na to, jaki jest rząd?

Bez względu na to. Mnie dobrze się współpracuje ze wszystkimi rządami. Ale w ostatnim czasie zostały wprowadzone niedobre przepisy dotyczące komunikacji miejskiej i gospodarki odpadami. Zmusiły nas do zatrudnienia dodatkowych pracowników i zmiany organizacji wykonywania usług. Tego można było uniknąć, gdyby rząd bardziej ufał prezydentom i burmistrzom.

Podziel się!

Aby dodać komentarz, zaloguj się.