Rocznica 4 czerwca nie musi dzielić

Autor: Janusz Król / 25.03.2019
W samorządach
Jeśli chcemy manifestować w Gdańsku, nie tylko ze względu na testament, który pozostawił Paweł Adamowicz, ale też ze względu na szacunek dla historii, to nie jest to powód, by uważać to za wrogie działanie. Nieważne, jak postrzegają to elity rządzące. Samorządy w Gdańsku nie stworzą nowego ruchu politycznego, nie zamierzają uruchomić kampanii przeciwko partii rządzącej – mówi Krzysztof Żuk, prezydent Lublina.

Co samorząd będzie świętował w Gdańsku? Rocznicę wyborów 4 czerwca 1989 r., czy nocnej zmiany z 1992 r., a może jeszcze coś innego?

To pytanie pokazuje, jak bardzo zmanipulowaną mamy rzeczywistość. Oczywiście, skłócone siły polityczne patrzą na tę datę, na początek demokracji w Polsce, każda po swojemu, ale ja widzę tę historię w szerszym kontekście. Już w końcu lat 80. XX wieku starałem się uczestniczyć w budowaniu założeń późniejszej polskiej transformacji. Jeździłem po ośrodkach akademickich w Polsce, analizowałem różne koncepcje, uczestniczyłem w wielu dyskusjach, a także spotykałem się z ludźmi stanowiącymi ówczesną opozycję. Tę opozycję, która doprowadziła do Okrągłego Stołu. I mam porównanie tego, co było wcześniej, a co zapewnił nam Okrągły Stół. Jego rezultat w postaci częściowo wolnych – a tak naprawdę: wolnych wyborów – spowodował, że Polska stała się krajem demokratycznym. Dzięki temu możliwa była transformacja ustrojowa, nad którą pracowano i dyskutowano w różnych środowiskach inteligenckich oraz robotniczych, bo uczestniczyła w tym także Solidarność. To przykład czegoś niezwykłego: pokojowo, w sposób absolutnie merytoryczny, wypracowano model polskiej transformacji, który nie ma odpowiednika na świecie. Dobrze pamiętam początek lat 90., kiedy dyskutowaliśmy o teorii transformacji i nie mogliśmy nigdzie znaleźć dobrego wzorca czy modelu, bo żadne podręcznikowe regulacje nie odpowiadały temu, co było u nas. W sensie politycznym przełom 1989 r. to było otwarcie dla wielkich pozytywnych emocji i dla aktywnych ludzi. Wybory 4 czerwca tak naprawdę zmiotły stary system i pokazały, że nie ma akceptacji dla jakiegokolwiek kompromisu z minionym ustrojem. Wybory pokazały wolę zmian i – przypomnijmy sobie – że reformy Balcerowicza, niełatwe, w wielu przypadkach w skutkach dramatyczne, były społecznie zaakceptowane. Z dzisiejszej perspektywy oceniane mogą być zbyt rygorystycznie, ale wtedy dały nam poczucie, że okręt płynie we właściwym kierunku i zawija do portu, którym powinna być dla nas zjednoczona Europa, z gospodarką rynkową. To oczywiste, że 4 czerwca jest symbolem odzyskiwania suwerenności, niepodległości, symbolem upodmiotawiania społeczeństwa. A to oznacza, że jest też symbolem samorządów terytorialnych, które w okresie ostatnich kilkudziesięciu lat rozwijały małe ojczyzny i budowały społeczeństwo obywatelskie.

 

Gdy idzie o samorządy, to symbolizuje je raczej 27 maja…

Ale pamiętajmy, że wybory czerwcowe z 1989 r. wzmocniły rozwój społeczeństwa obywatelskiego, rozumianego również jako budowanie samorządu. Dzisiaj ze zdziwieniem obserwuję, że kontestuje się regulacje, które stworzyły niezależny, mający samodzielność majątkową i finansową samorząd. Jest on niezwykle istotny z punktu widzenia mechanizmów demokratycznych w skali mikro i regionalnej, daje też ludziom poczucie, że mają na coś wpływ. Wybraliśmy drogę inną niż Białoruś czy Ukraina, nie musimy patrzeć na chaos zmian, rewolucji i majdanów. Wybraliśmy zachodnią Europę z jej stabilną demokracją, z rozwiązaniami, które dają poczucie bezpieczeństwa.

 

 

Mam w sobie ogromną potrzebę budowania współpracy. Nie przeszkadzają mi odmienne poglądy ani aktywność polityczna. W swojej kancelarii mam ludzi udzielających się w różnych ugrupowaniach politycznych, także w PiS i nie utrudnia to nam współpracy, bo umówiliśmy się, że ta działalność nie może wpływać na naszą pracę jako urzędników.

 

 

Ale ja nie przypadkiem zadałem to prowokujące pytanie. Bo – powiedzmy to sobie wprost – spotkanie w Gdańsku zostanie odebrane jako czysto polityczna demonstracja i z pewnością utrudni to stronie samorządowej Komisji Wspólnej negocjacje z rządem, w tym w istotnych sprawach finansowych.

Nie ma dzisiaj koniunktury dla negocjacji, bo gdyby była, to już byśmy mieli jakieś pozytywne rezultaty. Zmarnowaliśmy – można to powiedzieć o rządzie i o samorządzie – trzy lata obecnych rządów, nie doprowadzając systemu finansów publicznych i regulacji ustawowych do kształtu będącego dobrym kompromisem dla obu stron. Przypominam sobie twarde boje toczone przez nas z Ministerstwem Środowiska za czasów pana ministra Szyszko, kiedy tłumaczyliśmy, że implementacja dyrektywy odpadowej w formie, jaką chce rząd, wygeneruje ogromne koszty, chaos i problemy z majątkiem. Bo przecież zasoby spółek komunalnych, zbudowane dla potrzeb gospodarki odpadami, zostaną zmarnowane. Niestety, minister stał na stanowisku, że nie będzie zgody na żadne in-house.

 

 

Nie tylko ten minister. Przez całe lata od przyjęcia ustaw o tzw. śmieciowej rewolucji nie wolno było powierzyć gospodarki odpadami spółkom komunalnym i trzeba było wpuścić kapitał zagraniczny. Dzisiaj mamy śmietnik odpadów z całej Europy niemal w każdej gminie.

To właśnie przykład tego, że rząd nie chciał, może nie rozumiał, może lekceważył, ale na pewno nie traktował nas jako partnera. Dlaczego nie posłuchano tych, którzy mieli za system gospodarki odpadami odpowiadać? Podobnie było w innych dziedzinach. Rząd część powinności państwa wobec obywateli przerzuca na nas, na samorząd. My się z tym zgadzamy, bo w części są to zadania ustawowo zlecone lub własne. W ten sposób kreujemy fundamenty rozwoju społeczno-gospodarczego i pokazujemy, że potrafimy dbać o środowisko, rozwiązujemy problemy związane z ochroną klimatu stosownie do dyrektyw unijnych. Ale nie rozmawia się z nami, a próby rozmowy kończą się zwykle przeforsowaniem stanowiska rządowego. Z tej perspektywy zajmowanie się w Komisji Wspólnej dziesiątkami czy wręcz setkami rozporządzeń i ustaw, nie daje poczucia, że jesteśmy tam traktowani po partnersku.

 

Pozostaje pytanie, czy eskalacja wzajemnego napięcia i niechęci może być w jakikolwiek sposób korzystna? Być może takie postępowanie jest zasadne, ale czy mądre? Już Tukidydes w „Wojnie peloponeskiej” uczył, że jeśli nie dysponujesz wystarczającą siłą, to nie rwij się do walki, ale negocjuj jak najkorzystniejsze warunki.

Rocznica 4 czerwca nie musi dzielić. Jeśli chcemy manifestować w Gdańsku, nie tylko ze względu na testament, który pozostawił Paweł Adamowicz, ale też ze względu na szacunek dla historii, to nie jest to powód, by uważać to za wrogie działanie z naszej strony. Nieważne, jak postrzegają to elity rządzące. Samorządy w Gdańsku nie stworzą nowego ruchu politycznego, nie zamierzają uruchomić kampanii przeciwko partii rządzącej. My tak tę datę widzimy, jeśli elity rządzące widzą inaczej, to nikt im tego nie zabrania. Ale nie mogą nam odbierać prawa mówienia, że samorząd terytorialny jest wielkim osiągnięciem polskiej transformacji, a Unia Europejska była i powinna być ważnym punktem odniesienia do podejmowanych przez nas działań. Na tę rolę Unii wskazywał także papież Jan Paweł II.

 

Drążę temat realnego bądź potencjalnego konfliktu, bo jesteśmy w bardzo niebezpiecznym momencie. Ogłoszona „nowa piątka PiS” to znowu majstrowanie przy podatku PIT, a z tym mieliśmy fatalne doświadczenia w przeszłości. Przypomnę akcję „Idziemy po 8 miliardów”, która była nieskuteczną reakcją na potężne uszczuplenie dochodów samorządów. Co dzisiaj można zrobić, aby się to nie powtórzyło? Gdy obie strony nie rozmawiają ze sobą, gdy każdy mówi swoje, to rośnie ryzyko strat, bo przecież oni to zrobią.

Zrobią, bo mają taką siłę legislacyjną. Przyjmujemy do wiadomości, że to zostanie wdrożone. Oczywiście, patrzymy na tę kwestię z perspektywy zakresu naszej odpowiedzialności. Jeśli daje się nam zadania do realizacji i nie zapewnia odpowiednich środków, to w którymś momencie staniemy przed koniecznością zahamowania zadań inwestycyjnych. Będziemy zmuszeni do skoncentrowania się wyłącznie na wydatkach bieżących. Oby tych środków nie zabrakło, bo w dziedzinie oświaty małym i średnim miastom już ich brakuje. Jest gdzieś ściana, której nie rozbijemy. Rząd podejmując takie działania, musi mieć świadomość skutków.

 

I tu jest ogromne niebezpieczeństwo. Po tamtej stronie siedzą ludzie, którzy postrzegają siebie, jakby byli w oblężonej twierdzy, sądzą, że wszyscy ich atakują nawet wtedy, gdy mówią o rzeczach tak oczywistych, jak wybory 4 czerwca 1989 r. czy przystąpienie Polski do Unii Europejskiej. Z drugiej strony mamy realne problemy wspólnot lokalnych dotyczące finansów, inwestycji i prawa. W tej sytuacji brak dialogu jest groźny i dla kraju, i dla każdego miasta z osobna. Jakich instrumentów może użyć Związek Miast Polskich, żeby przełamać ten impas?

Ja nie widzę podstaw, by rządzący czuli się jak w oblężonej twierdzy. Mają w swoich rękach wszystkie instrumenty polityczne. To oni narzucają swoje stanowisko, nie my, samorządowcy. Zatem kwestię oblężonej twierdzy odłóżmy i spójrzmy na problem z punktu widzenia kwestii programowych. W „Strategii odpowiedzialnego rozwoju” premier Morawiecki zdiagnozował główne problemy rozwojowe Polski, zbudował plan działań, więc oczekiwaliśmy, że ta strategia będzie realizowana przy naszym udziale. Jest realizowana? Nagle stanęła, bo ponad nią pojawiły się nowe cele sformułowane m.in. przez prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. Problem w tym, czy strona rządowa wie, dokąd ten okręt płynie? Czy jest w stanie zapewnić, że zawinie do właściwego portu? A może podejmuje działania oparte nie na analizie i wyznaczonych celach strategicznych, a na doraźnych korzyściach politycznych widzianych z perspektywy roku wyborczego. Odpowiedzialność jest po tamtej stronie.

 

My chcemy współpracować, rozwijać nasze małe ojczyzny i uczestniczyć w realizacji polityki społeczno-gospodarczej rządu. Bo samorząd jest częścią systemu administracji publicznej, a finanse samorządowe są częścią finansów publicznych. Ale nie widać dziś płaszczyzny do takiego dialogowania, które doprowadziłoby do osiągnięcia elementarnego porozumienia. Można też powątpiewać, czy taka płaszczyzna jest wewnątrz obozu rządzącego – czy Jarosław Kaczyński ogłaszając nowe deklaracje, konsultował je w swoim ugrupowaniu? Czy konsultował je w rządzie? Z dyskusji, którą oni toczą, wyraźnie widać, że nie. Na razie wygenerował sporo problemów także dla swojego środowiska, bo ogłoszone idee trzeba zabudżetować, umieścić w wieloletnim planie finansowym i zapewnić trwałość polityki społecznej. Z drugiej strony stworzył problemy samorządom, które mają w wieloletnich prognozach finansowych rozpisane zadania oraz inwestycje wraz z określoną wielkością środków na ich realizację. My tym propozycjom nie mówimy nie, ale jednocześnie mówmy o PIT komunalnym, o zmianie konstrukcji podatku od nieruchomości. Postulat, by zwiększyć udział samorządów w PIT, leży w rządzie od dawna. Chodzi o to, aby ubytki dochodów były rekompensowane w sposób widoczny dla mieszkańców. Skoro PIT jest wypracowywany w gminach, to zostawmy go tam, skąd pochodzi.

 

 

Nie ma dzisiaj koniunktury dla negocjacji, bo gdyby była, to już byśmy mieli pozytywne rezultaty. Zmarnowaliśmy – można to powiedzieć o rządzie i o samorządzie – trzy lata obecnych rządów, nie doprowadzając systemu finansów publicznych i regulacji ustawowych do kształtu będącego dobrym kompromisem dla obu stron.

Wybory w Związku Miast Polskich przyniosły zaskakując zwrot: z kandydowania do zarządu, a nawet z udziału w pracach związku, zrezygnował prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak. Odszedł, bo – jak sam stwierdził – polityka korporacji wobec rządu jest zbyt miękka. Jak pamiętamy, jego wejście do zarządu nastąpiło ze złamaniem wypracowanego przez ZMP parytetu politycznej reprezentacji. Czy to oznacza, że w związku zwyciężyła opcja umiarkowanych zachowań politycznych, szukania raczej porozumienia i merytorycznej dyskusji niż politycznych awantur?

Mogę się z tym zgodzić, ale nie użyłbym określenia: awantura. W związku wygrywała i wygrywa odpowiedzialność nas wszystkich za to, co realizujemy wobec naszych mieszkańców, ale też odpowiedzialność za Polskę. Czy to oznacza, że musimy się zgadzać we wszystkim z obecnie rządzącymi, czy rządzącymi wcześniej lub mającymi rządzić później? Nie. Patrzymy na to z perspektywy tych zadań, które nakłada na nas konstytucja i ustawy. Prezydent Poznania ma prawo do takich poglądów, jakie ma i ma prawo do większej aktywności. Natomiast Związek Miast Polskich w tym przypadku przyjął dobrą politykę poszukiwania kompromisów i pokazywania, że port docelowy możemy wyznaczyć wspólnie.

 

Zapytam jeszcze o potencjał, o siłę reprezentacji samorządu. W Stanach Zjednoczonych jest nie do pomyślenia, aby na ogólnokrajowym zjeździe burmistrzów nie był obecny prezydent USA. Nie wiceprezydent lub inny urzędnik, ale prezydent osobiście. U nas na kongresach samorządowych od dawna nie pojawia się nikt znaczący.

To błąd rządzących. Przed laty wraz z prof. Zytą Gilowską obserwowaliśmy w Stanach Zjednoczonych pracę amerykańskiej organizacji ligi miast, jeździliśmy i oglądaliśmy, w jaki sposób funkcjonują tam miasta. I mogę potwierdzić, że liga wraz z powiązanymi z nią organizacjami jest potęgą. Nikt z rządzących nie ośmiela się jej lekceważyć. Trzeba to amerykańskie doświadczenie przenieść do Polski. Nie twierdzę, że minister Brudziński musi być na każdym posiedzeniu Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego, mam świadomość jego licznych obowiązków. Ale spotkaliśmy się jedynie dwa razy. Po naszej stronie w spotkaniach stale uczestniczy prezes ZMP Zygmunt Frankiewicz, człowiek prawy, niezwykle kompetentny, z ogromnym doświadczeniem, który od początku jest w samorządzie, który jako świetny menedżer odpowiada – jak każdy z nas – za swoje miasto, a musi dzielić swój czas między obowiązki w mieście i reprezentowanie samorządu. Kiedy więc z jego ust słyszymy uwagi o braku współpracy rządu z samorządami, to znaczy, że nie jest dobrze.  Nie musimy się we wszystkim zgadzać, ale w odpowiedzialności za Polskę i nasze małe ojczyzny powinniśmy mówić jednym głosem. Ja mam w sobie ogromną potrzebę budowania współpracy. Nie przeszkadzają mi odmienne poglądy ani aktywność polityczna. W swojej kancelarii mam ludzi udzielających się w różnych ugrupowaniach politycznych, także w PiS i nie utrudnia to nam współpracy, bo umówiliśmy się, że ta działalność nie może wpływać na naszą pracę jako urzędników. Podobną postawę mamy wobec rządu: samorząd chce współpracy na płaszczyźnie merytorycznej. Z tamtej strony premier Morawiecki miał dobry początek, spotkaliśmy się przy okazji prezentacji „Strategii odpowiedzialnego rozwoju”, ale dziś tego kontaktu brakuje. Jest on potrzebny, by nadać współpracy odpowiednią dynamikę.

Podziel się!

Aby dodać komentarz, zaloguj się.