Wstaję rano i wiem, że do wieczora mam pracować jak wół

Autor: Janusz Król / 11.12.2018
W samorządach
Ojciec zawsze mi powtarzał: musisz uczyć się więcej niż inni, musisz do późna pracować, bo dopiero wtedy, kiedy padniesz ze zmęczenia, będziesz pewny, żeś dobrze przepracował dzień. A w następnym dniu zrób to samo – mówi Roman Szełemej, prezydent Wałbrzycha.

Wałbrzych przeszedł bardzo głęboką transformację: od katastrofy społecznej w latach 90., kiedy media pokazywały jego upadek jako dno dna, potem był skandal wyborczy. Wtedy pojawił się pan i dzisiaj możemy mówić o całkowitej zmianie wizerunku miasta. Jak to się panu udało?

Najpierw trzeba skorygować stylistycznie określenia, których pan użył w odniesieniu do lat niewątpliwie głębokiego i strukturalnego kryzysu: dno dna czy katastrofa…

 

Taki obraz kreowały media…

…ale był to niewątpliwie kryzys będący następstwem politycznych, rządowych decyzji. W tamtych czasach rząd postanowił przeprowadzić transformację gospodarki w tempie niećwiczonym nigdzie na świecie. Dla nas to tempo okazało się niemal zabójcze, jego skutki nadal są odczuwalne i jeszcze długo tak będzie. Natomiast fakt, że miasto się odrodziło, jest dowodem na to, jak ogromne siły witalne tkwią w tym miejscu, w mieszkańcach i ich charakterze. Miasto, mające wyrazistą tożsamość, czerpie z niej siłę i dlatego trudno je zgnieść. Taki właśnie jest Wałbrzych. A pytanie powinno brzmieć: jak wam to się udało, bo ja sam bym tego nie zrobił. Potrzebna była szersza akceptacja podejmowanych decyzji, powszechna wola zmian. Mnie udało się przywrócić nadzieję, że tu nie zawsze musi być źle. Wraz z pierwszymi udanymi projektami mieszkańcy ponownie zaczęli utożsamiać się z miastem, odzyskali utraconą godność. Dotyczy to w równej mierze tych, którzy tu mieszkają, jak i tych, którzy wyjechali. Pochodzenie z Wałbrzycha przestało być obciachem.

 

Od czasu, kiedy objął pan rządy w 2011 r., budżet miasta się podwoił – z 354 mln zł w 2011 roku do 722 mln zł w 2018. Część to transfery socjalne z budżetu państwa, ale trzeba przyznać, że zmiana jest ogromna.

Ta zmiana wiąże się z fundamentalną decyzją premiera Donalda Tuska przywracającą nam prawa powiatu grodzkiego. Bo jedną z przyczyn naszych kłopotów była rezygnacja władz Wałbrzycha z końca lat 90. ze statusu miasta na prawach powiatu. To było fatalne rozwiązanie, 120-tysięczne miasto włączono do słabego 70-tysięcznego powiatu, który nie mógł mu pomóc, bo sam miał jeszcze większe problemy z bezrobociem, upadkiem górnictwa i przemysłu. Decyzja Tuska przywróciła miastu porządek prawny, poczucie podmiotowości oraz wpłynęła na wysokość budżetu. Mówię o środkach na edukację, drogi oraz na transfery socjalne. W pewnym sensie ta decyzja ułatwiła nam dostęp do środków unijnych. Trzeba też pamiętać, że przejęcie kompetencji powiatu oznaczało dla nas również przejęcie wynoszącego kilkadziesiąt milionów zadłużenia powiatu, z czym borykamy się do dziś.

 

Po sukcesie batalii o status miasta powiatu nakłonił pan do współpracy sąsiednie samorządy. W 2011 roku podpisaliście Deklarację Aglomeracji Wałbrzyskiej nie przewidując, że doprowadzi to do subregionalnego ZIT-u, mającego największe uprawnienia w Polsce.

Nie tylko ja starałem się o powiat grodzki, wcześniej ciężko na to pracował prezydent Piotr Kruczkowski. Ale rzeczywiście, ostateczna decyzja mogła zapaść wtedy, gdy w mieście nastąpiło nowe otwarcie wolne od różnych uwikłań. Inicjatywa powołania Aglomeracji Wałbrzyskiej to była wspólna myśl kilku samorządowców, którzy uznali, że współpraca między sąsiadami jest czymś naturalnym. Najpierw pięciu, potem kilkunastu, potem było nas jeszcze więcej, wreszcie zaczęliśmy przekraczać granice powiatów. Początkowo nie mieliśmy z tego żadnych benefitów, kosztów też nie, bo robiliśmy to wszystko w ramach naszych obowiązków służbowych. Dzięki temu, kiedy pojawiła się idea ZIT-u, byliśmy już zorganizowani. Bardzo pomógł wtedy europoseł Jan Olbrycht, który z nami rozmawiał i wyjaśniał zasady funkcjonowania tego instrumentu. Pomoc okazała nam też ówczesna minister Elżbieta Bieńkowska, która od zawsze była rzecznikiem regionalizacji funduszy unijnych. W sumie do wałbrzyskiego ZIT-u przystąpiły 22 samorządy – od Kamiennej Góry, przez Świdnicę, Świebodzice, aż do Nowej Rudy z Wałbrzychem pośrodku. Uruchomiliśmy ponadgminne projekty, na które wspólnie pozyskiwaliśmy granty i wtedy zaczęli przyjeżdżać do nas ludzie, którzy chcieli się przekonać, jak to możliwe, że w Polsce samorządy kierowane przez ludzi o różnych poglądach politycznych i różnych wizjach potrafią się dogadać. Stworzyliśmy subregionalny ZIT, a Wałbrzych musiał wziąć na siebie ryzykowną rolę i swoim budżetem zagwarantować, że środki ZIT-u zostaną wykorzystane. Ryzyko się opłaciło, dziś wiemy, że środki wykorzystamy w pełni. Pokazaliśmy, że bez przysłowiowych stołków, sekretariatów i bez agencji rozwoju można zorganizować coś, co działa.

 

Przyjechał do Wałbrzycha ten złoty pociąg ZIT-u, ale okazało się, że nie jest aż taki złoty – nieco ponad 800 mln zł na pięć lat i 22 samorządy to niewiele, zwłaszcza że ma pan prawie taką samą kwotę w swoim rocznym budżecie.

Skoryguję, przy obecnym kursie otrzymaliśmy około miliarda złotych. To dużo. Bez ZIT-u tych pieniędzy na południu Dolnego Śląska na pewno by nie było. Po drugie, dzięki wspólnemu działaniu dostajemy ogromną premię w postaci koncentracji środków. Dam przykład: policzyliśmy sobie, ile przeznaczamy na kolej w każdej z naszych 22 gmin. Okazało się, że kiedy każdy działa oddzielnie, to nie mamy nic, a gdy zdecydujemy się na wspólny projekt konkursowy, to możemy zrewitalizować linię, która rozrusza trzy czwarte gmin. Tak się stało z linią Świdnica-Jedlina-Wałbrzych, na którą właśnie podpisaliśmy porozumienie, budżet na inwestycję to 110 mln zł. To wielka wartość, bo w wielu miejscach w Polsce każdy bierze swój kawałek budżetu i robi swój kawałek chodnika.

 

Właśnie dlatego rozmawiamy. Czy sukces Aglomeracji Wałbrzyskiej pokazał panu, że można pójść jeszcze dalej i ambitnie zaangażował się pan w powstanie porozumienia ponad 100 niebogatych sudeckich samorządów oraz nakłonił je do podpisania tzw. Deklaracji Sudeckiej?

To nie jest sprawa ambicji. Mam w sobie dużo nieudawanej i nieukrywanej pokory. Ona się bierze z mojej pasji życiowej i jednocześnie wykonywanego zawodu kardiologa. Od kilkunastu lat kieruję zespołem lekarzy, codziennie widzę pacjentów, dyżuruję na oddziale kardiologicznym, na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym i mogę powiedzieć, że nic tak nie uczy pokory jak medycyna. W tym zawodzie zdarza się, że coś, co zrobiliśmy bardzo dobrze, co rokuje na udaną procedurę, w jednej chwili pęka jak bańka mydlana i pacjenta tracimy.

 

A wracając do współpracy sudeckiej: ten krok był zupełnie naturalny. W swoim najlepiej pojętym interesie 107 gmin z południa Dolnego Śląska powinno ze sobą ściśle współpracować. Bo południowy skraj naszego regionu rozwija się gorzej, nie tak szybko jak subregion Wrocławia. Całe województwo dolnośląskie jest niezwykle dynamiczne, pod względem tempa rozwoju znajduje się chyba na drugim miejscu w Europie. Może więc się zdarzyć, że na poziomie NUTS 2 stracimy możliwość szerszego korzystania z funduszy UE. Ale patrząc w układzie NUTS 3, czyli na poziom subregionów, to Wrocław osiąga 112 proc. średniej PKB, Legnica – 85 czy 90 proc., a Wałbrzych – 50 proc., Jelenia Góra – 55 proc. Tempo jest bardzo zróżnicowane. Dla nas, czyli koleżanek i kolegów z gmin sudeckich, zasady polityki spójności UE mogą okazać się bardzo niekorzystne, więc podjęliśmy wspólny wysiłek, żeby to nas nie dotknęło.

 

Jak rozumiem, porozumiewając się stworzyliście narzędzie do bezpośrednich rozmów z Brukselą?

To też. Ale chcieliśmy pokazać polskiemu rządowi, że potrafimy działać – podpisaliśmy porozumienie i szybko stworzyliśmy strategię rozwoju. Stała się ona częścią zaktualizowanej strategii rozwoju województwa przyjętej przez sejmik. Mamy więc szybko i dobrze przygotowany dokument, który został niejako potwierdzony przez samorząd województwa. Parę dni temu byliśmy w Brukseli, gdzie miałem okazję pokazać tę strategię komisarz Elżbiecie Bieńkowskiej i przekazać ją dalej do Dyrekcji Generalnej Regio. Bo my – nikomu niczego nie zabierając – chcemy wychodzić, wylobbować korzystniejsze warunki dla południowego podregionu. Nie mamy złudzeń, że między południem a północą województwa nie będzie różnicy w tempie rozwoju, ale nam chodzi o to, żeby ten dystans się zmniejszał.

 

Kiedy pisaliście strategię dla Aglomeracji Wałbrzyskiej chcieliście, aby to był ośrodek wzrostu w województwie, teraz mówicie, że Wałbrzych powinien być stolicę Sudetów.

Jest w tym trochę zaklinania rzeczywistości i dodawania sobie otuchy. Pamiętajmy, że przez stulecia ośrodkiem wzrostu w tej części Europy nie był Wrocław, a okolice Wałbrzycha, Kamienna Góra, Nowa Ruda i północ Czech, czyli obszar z niezwykle rozwiniętym przemysłem wydobywczym, przetwórczym, ceramicznym, włókienniczym. Sudety to było serce przemysłowe Europy Habsburgów. Do lat 90. to nie PaFaWag tworzył produkt eksportowy Dolnego Śląska, a kopalnie wydobywające i eksportujące węgiel, a właściwie koks. Potem to wszystko upadło, nie wytrzymało procesów restrukturyzacji. Chcemy przywrócić gospodarczą siłę naszemu regionowi.

 

Zapewne zastanawiał się pan, co powoduje, że ludzie widzą w panu lidera tych przedsięwzięć?

Pewnie to ich trzeba by o to zapytać i to nie kokieteria z mojej strony. Fenomen Aglomeracji Wałbrzyskiej i naszego ZIT-u jest już znany szeroko, w Polsce i w Brukseli, więc ludzie wiedzą, że wiele robimy, interesują się naszą pracą. Jest też faktem i mówię to z nutką niepokoju, że nasze porozumienie jest dość mocno spersonalizowane, chociaż jest wystarczająco silnie uzasadnione merytorycznie i ma mocne podstawy materialne w naszych gminach. To poczucie wspólnego losu – wspomniał pan przed chwilą o porozumieniu biedaków – jakoś nas integruje. Doświadczyliśmy pewnej marginalizacji, więc integruje nas wspólnota aspiracji oraz chęć nadgonienia zapóźnień. W tym działaniu zapewne prezentuję jakieś atrybuty, które predestynują moją osobę do reprezentowania naszych wspólnych interesów i pewnie dlatego koleżanki i koledzy głosowali, żebym był liderem tych przedsięwzięć. Jakąś rolę odegrała wielkość miasta, które reprezentuję, zdolność do dialogu i nienarzucanie się. Ale zwracam uwagę, że podejmujemy decyzje w demokratyczny sposób przez głosowanie, a jedna gmina ma jeden głos. Tak się składa, że zwykle głosujemy jednomyślnie. Oprócz zgromadzenia ogólnego jest komitet sterujący, ale on ma dość luźną formułę i nie jest organem kierowniczym. Tam merytorycznie dyskutujemy, przygotowujemy stanowiska, potem są one poddawane ocenie wszystkich członków porozumienia. Mamy bardziej problem organizacyjny ze zgromadzeniem w jednym miejscu wszystkich 107 członków porozumienia Sudety 20-30, bo Zgorzelec od Ząbkowic dzieli ze 150 km. Teraz, kiedy jesteśmy po wyborach, szacuję, że w około 20 proc. samorządów nastąpiły zmiany, więc na najbliższym walnym zgromadzeniu zobaczymy, co nowi koledzy zechcą zaproponować, jakie wniosą idee.

 

Być może koledzy starają się pana wykorzystać – oczywiście w dobrej wierze – bo widzą, że panu wiele się udaje? Że pan coś mówi, a potem rzeczywiście robi? Widziałem wiele programów wyborczych, w których deklarowano uczynienie danej miejscowości stolicą tego czy owego, ale one zostawały tylko na papierze.

Dwa lata temu grupa studentów przeprowadzała badania ankietowe dotyczące czołowych samorządowców w Polsce. Pytali o przyczyny wysokiego poparcia w wyborach. W moim przypadku w kilkuset ankietach pojawiło się słowo „sprawstwo”. To znaczy, że gość mówi, a później to się dzieje, co w polskiej sferze publicznej jest zadziwiająco rzadkie. Czyli dotrzymywanie zobowiązań, konsekwencja w realizacji decyzji, jest tym, co robi różnicę. Bo mnie, jak wielu innych, Pan Bóg i Rodzice obdarzyli różnymi talentami, ale przez lata tak starałem się rozwijać swoje możliwości intelektualne i przede wszystkim wolicjonalne, że dziś nie zatrzymuje mnie obawa, że czegoś się nie da. Przekładając to na codzienną praktykę, chodzi o to, by szybko otrząsnąć się po porażce i mieć dość determinacji i woli, by nadal dążyć do wyznaczonego celu. Nie zniechęcam się i nie rezygnuję, wstaję rano i wiem, że do wieczora mam pracować jak wół. Tak zostałem wychowany przez Ojca, który był bardzo porządnym człowiekiem i zwykłym robotnikiem. Mama była szwaczką. W domu panowała dyscyplina – ascetyzm, kościół, żadnych używek.  A Ojciec zawsze mi powtarzał: musisz pracować więcej niż inni, musisz więcej się uczyć niż inni, musisz do późna pracować, bo dopiero wtedy, kiedy padniesz ze zmęczenia, będziesz pewny, żeś dobrze przepracował dzień. A w następnym dniu zrób to samo.

Podziel się!

Aby dodać komentarz, zaloguj się.