Zmiany zasad finansowania oświaty

Autor: Stanisław Szelewa* / 10.08.2017
W samorządach
Przedstawiony w maju projekt ustawy o finansowaniu zadań oświatowych to spełnienie deklaracji MEN w kwestii uregulowania odrębnym aktem prawnym spraw związanych z pieniędzmi na oświatę. Korporacje samorządowe od lat jednym głosem wołały o zmiany, argumentując ich konieczność nieprzystawaniem aktualnego systemu do warunków, w jakich przychodzi wykonywać zadania związane z edukacją.

Truizmem jest hasło, że środki naliczane są na ucznia, a wydawane na oddział, więc średnia liczba uczniów na oddział w skali samorządu ma największe znaczenie dla relacji: subwencja a koszty prowadzenia szkół i placówek. Co prawda MEN ustanowiło progi liczebności oddziału, po przekroczeniu których należy dzielić oddziały na grupy, ale nie zmienia to w skali makro podstawowej reguły: im wyższa średnia liczba uczniów na oddział, tym większe środki samorząd ma na pokrycie kosztów realizacji zadań oświatowych. I tak w oddziale 24-osobowym koszty wyglądają niemal tak, jak w 12-osobowym, a różnica w subwencji to jak 2:1.

 

W szkołach z małą liczbą uczniów i oddziałów są wysokie koszty stałe, czyli materialne i płacowe koszty utrzymania obiektów i obsługi administracyjnej. Gdy liczba uczniów zdecydowanie spada, nie zmieniają się one zbyt mocno. Tym samym ich procentowy udział w kosztach prowadzenia szkoły bardzo wzrasta, co powoduje, że maleje udział środków nakierowanych bezpośrednio na nauczanie, wychowanie i opiekę. Sytuację dramatycznie pogorszył niż demograficzny, przy którym spadek liczby godzin zajęć jest dużo wolniejszy, niż średni spadek liczby uczniów. Dlaczego tak jest? Z jednej strony mamy problemy z siecią szkół wiejskich – nie zawsze małą szkołę można zlikwidować, więc z powodu niżu średnia liczebność oddziału coraz częściej nie przekracza 10 uczniów. Z drugiej strony są szkoły ponadgimnazjalne, gdzie otwiera się mało liczne oddziały szkół zawodowych, byle szkoła mogła funkcjonować. Tymczasem po kilku latach w technikum zostaje często kilkunastu uczniów i nie ma możliwości połączenia oddziałów, bo szkoła zwykle kształci w różnych zawodach, a w zespołach szkół nawet w kilku branżach.

 

Gwoli ścisłości należy poruszyć jeszcze jeden problem – skali i przyczyn dokładania do oświaty w samorządach. Według najnowszych danych firmy Vulcan za 2016 r. gminy dokładają 27 proc., powiaty – 10,8 proc., miasta na prawach powiatu – 34,2 proc., a samorządy wojewódzkie – 26,8 proc. I z każdej z tych grup JST płyną narzekania. Tymczasem dopłacanie ponad subwencję do realizacji zadań oświatowych nie zawsze oznacza to samo. Są samorządy, które szermują argumentem „dokładania do oświaty” w sytuacji, gdy robią tak nie dlatego, że muszą, ale dlatego, że chcą. W wielu gminach wiejskich oraz w małych miasteczkach niemal całość skromnych dochodów własnych przeznacza się na oświatę, gdyż subwencji nie wystarcza nawet na płace z tytułu realizacji ramowych planów nauczania przy minimalnych wysokościach dodatków do wynagrodzeń nauczycieli. I co z tego, że dzieje się tak z powodu małej liczby uczniów w oddziałach i prowadzenia małych szkół – racjonalizacja sieci szkolnej ma swoje granice, a demografia rządzi się zupełnie innymi prawami, niż oświatowe pieniądze. Rozwiązaniem miały być małe szkoły prowadzone przez stowarzyszenia, w których nauczyciele nie są zatrudniani na podstawie Karty Nauczyciela, a sporą część kosztów utrzymania i pracę przy obsłudze szkoły biorą na siebie członkowie stowarzyszenia, najczęściej rodzice. Niestety, ciągle stanowią one margines, kilkaset takich placówek nie rozwiązuje problemu tysięcy szkół z niewielką liczbą uczniów.

 

Ci „wielcy i bogaci” mówią o dokładaniu środków na realizację zadań oświatowych z różnych pozycji. Na przykład w czasie kampanii wyborczej chwalą się dodatkowymi zajęciami w szkołach, warunkami, w jakich odbywa się nauka itp. A gdy zaczyna się dyskusja o subwencji oświatowej, zgłaszają potrzebę jej zwiększenia, bo przecież „pokrywa ledwie jakąś część kosztów”. W sytuacji, gdy poziom dochodów biednej gminy wiejskiej jest wielokrotnie niższy, niż tych bogatej, janosikowe sprawy nie załatwia. Owe różnice bardzo często wynikają z położenia geograficznego gminy – te wiejskie, na pograniczu metropolii, tzw. obwarzankowe, mają zupełnie inne dochody niż gminy położone z dala od centrów, ale subwencja naliczana jest tam według tych samych reguł. Inną kwestią jest też poziom dochodów podatkowych gmin żyjących z kopalin. Tam też pewnie dokłada się do oświaty, ale składa się na to wyższy niż gdzie indziej poziom wynagrodzeń czy na przykład wyposażenie w środki dydaktyczne.

 

Był czas, gdy samorządy liczyły na standaryzację liczby nauczycieli i uczniów na oddział (w Karcie Nauczyciela w art. 30 ust. 9 z 2003 r., tekst jednolity z 29 maja, jeszcze tak było!), co miało stworzyć jasność co do relacji między subwencją a kosztami zadań oświatowych. Jeśli samorząd miałby w szkołach liczbę uczniów na oddział powyżej ministerialnej średniej – środków by wystarczyło. Niestety, zmiany dokonane przez Sejm w 2004 r. (ustawa z 15 lipca 2004 r. o zmianie ustawy Karta Nauczyciela oraz o zmianie niektórych innych ustaw) zwolniły MEN z obowiązku wypracowania owych standardów. Co prawda standardami są ramowe plany nauczania (określają liczbę godzin zajęć w oddziałach), lecz pełnią tylko rolę wskaźników wymuszających  koszty po stronie organu prowadzącego. Z punktu widzenia finansów samorządowych najważniejszym brakującym elementem jest standardowa liczba uczniów na oddział w poszczególnych typach szkół i w różnych trybach kształcenia, i to z podziałem na wieś i miasto. Gdyby w gminie czy powiecie było oczywiste, że subwencja gwarantuje pokrycie kosztów prowadzenia oddziału z konkretną liczbą uczniów, sytuacja byłaby jasna w każdą stronę – wszyscy zainteresowani wiedzieliby:

– czy w danych szkołach aktualna średnia liczba uczniów na oddział oznacza życie ponad stan, czy też oświatową biedę;

– jak samorząd traktuje oświatę, jak należy rozumieć układ, w którym owa średnia jest powyżej ministerialnych norm, a mimo to dokłada się do oświaty;

– co oznacza niewykorzystanie subwencji na zadania oświatowe mimo średniej poniżej normy itp.

 

Takie ogólnokrajowe standardy pozwoliłyby samorządom na prowadzenie określonej polityki oświatowej, ułatwiłyby podejmowanie decyzji dotyczących organizacji kształcenia oraz dostarczyłyby stronom argumentów w dyskusjach nad zamknięciem którejś ze szkół.

 

Za praprzyczynę dzisiejszych kłopotów z finansowaniem zadań oświatowych można uznać zmianę zapisów dotyczących wielkości subwencji oświatowej, wynikającą z ustawy o dochodach JST z roku 2003. Tymczasem od 1999 roku do 2003 minimalny poziom subwencji oświatowej wynosił 12,8 proc. dochodów budżetowych państwa (ustawa z 26 listopada 1998 r. o dochodach jednostek samorządu terytorialnego). To gwarantowało samorządom utrzymanie poziomu finansowania oddziałów mimo coraz mniejszej liczby uczniów w przeciętnym oddziale. Aktualnie we znaki daje się jeszcze jeden problem – różnica między wstępną kwotą subwencji, określaną w październiku, a jej ostateczną wysokością. Liczona według liczby uczniów na 10 września, ale z kwotami zwiększającymi według wag na podstawie stanu na rok poprzedni, jest zawyżona. Marcowe kwoty ostateczne są niższe, co powoduje problemy z budżetem, który przecież jest uchwalany dużo wcześniej. 

 

Cały powyższy wywód miał na celu wskazanie przyczyn wołania o diametralną zmianę podejścia do finansowania oświaty. Czy to źle, że klasy są mniej liczne? Absolutnie nie. Przy okazji poprzedniej reformy miałem przyjemność rozmawiać kilka razy z Ireną Dzierzgowską, pełniącą wtedy funkcję wiceministra w MEN. Usłyszałem, że niż demograficzny daje szansę na poprawę warunków pracy szkół i placówek. Może więc wrócić do poprzednich zapisów? Jeśli można przywrócić stary system szkolny, to „dobra zmiana” w oświacie mogłaby oznaczać przywrócenie przywołanych zapisów w ustawie o dochodach JST i w Karcie Nauczyciela. 

 

Projekt ustawy o finansowaniu zadań oświatowych

Na razie jednak na to się nie zapowiada. Opis skutków regulacji kończy złowieszcza konstatacja, że ustawa nie będzie miała skutków finansowych dla budżetu państwa i budżetów JST. Rządzący nie mają więc zamiaru w jakiś zdecydowany sposób zmieniać prawa w kierunku zwiększenia bezpośredniego udziału państwa w finansowaniu zadań oświatowych wykonywanych przez samorządy. To główna przyczyna negatywnych opinii samorządów wobec projektu ustawy o finansowaniu zadań oświatowych. Projekt, przekazany pod koniec maja do uzgodnień międzyresortowych i konsultacji społecznych, nie zawiera też niemal żadnych propozycji związanych z jakąś zasadniczą zmianą dotyczącą subwencji, także w zakresie sposobu jej dzielenia. Stało się tak, gdyż już na etapie prezentowania bardzo ogólnych założeń do projektu zmian niemal wszystkie korporacje samorządowe wyraziły się o nim negatywnie, używając argumentu o konieczności wstrzymania się z decyzjami do czasu zafunkcjonowania w pełni skutków zmian w systemie szkolnym. Korporacje dobrze przyjmowały większość zapisów w projekcie, ale żaden związek nie zaakceptował głównej idei: naliczania części subwencji na oddział, a części na ucznia. W szczegółach – zwłaszcza w stanowisku Związku Miast Polskich – nie akceptowano zwiększenia subwencji na małe szkoły kosztem szkół kilkuciągowych z licznymi oddziałami. Nawet Związek Gmin Wiejskich RP (choć problem małych szkól dotyczy niemal wyłącznie gmin wiejskich) nie przyjął wprost tej propozycji, sugerując przesunięcie w czasie wprowadzenia nowych rozwiązań. Faktycznie, prezentowane przez MEN wyliczenia oznaczały pełne pokrycie kosztów edukacji w szkołach ze średnią liczbą kilkunastu uczniów na oddział, gdy przy licznych oddziałach zmniejszenie subwencji sięgać miałoby nawet 25 proc. 

 

To, co w ustawie warte jest odnotowania – pojawiły się pierwsze od lat korekty Karty Nauczyciela, które mają znaczenie dla finansów. Autorzy ustawy, której projekt liczy 130 stron, mówią o jej przejrzystości i zwartości, a także o eliminowaniu problemów z interpretacją przepisów. Oceniając wstępnie projekt należy uznać, że w większości wychodzi on naprzeciw oczekiwaniom samorządów. Warto zerknąć do tych rozdziałów, które zmieniają najwięcej z perspektywy samorządów terytorialnych.

 

Dotacje dla podmiotów niepublicznych

Zmienią się zasady naliczania dotacji dla podmiotów niepublicznych prowadzących jednostki oświatowe

a)      Nadal niezbędne będzie ustalanie podstawowej kwoty dotacji dla jednostki, której dana JST nie prowadzi. Odbywać się to ma podobnie jak teraz, przez poszukiwanie najbliższej gminy, powiatu, województwa. Przez najbliższy samorząd należy nadal rozumieć bliskość terytorialną i dochodową, wyrażoną kwotą dochodów podatkowych na jednego mieszkańca. Co ważne, MEN proponuje odejście od posługiwania się terminem „rodzaj szkoły”, rodzącego ogromne problemy interpretacyjne przy naliczaniu kwot dotacji, na rzecz „typ szkoły”. Jeśli chodzi o zasady ustalania podstawowej kwoty dotacji dla poszczególnych typów szkół i placówek poprzez prezentację listy wydatków samorządu na zadania oświatowe, które nie mogą być wliczane jako podstawa do ustalania podstawowej kwoty dotacji – tutaj też nic się nie zmienia, nadal m.in. są to środki, które były zaplanowane na uczniów z niepełnosprawnościami, wpłaty rodziców, środki z Unii Europejskiej, finanse na programy dotowane przez rząd.

 

b)      Inną propozycją jest wprowadzenie wskaźnika zwiększającego dla szkół danego typu (art. 11) i przedstawienie sposobu jego ustalania. Zdaniem MEN wprowadzenie tego wskaźnika jest konieczne, by w przypadku dotowania szkół publicznych prowadzonych przez podmioty niepubliczne odpowiednio zwiększyć dotację ponad poziom subwencji na ucznia, stosownie do wydatków bieżących samorządu. Bardzo skomplikowane – na pierwszy rzut oka – wzory to w sumie prezentacja ilorazu wydatków bieżących poniesionych na prowadzenie przez JST szkół danego typu w roku bazowym na ucznia oraz kwoty przewidzianej na te szkoły w części oświatowej subwencji ogólnej dla JST w roku bazowym na ucznia. Całe skomplikowanie wzoru bierze się z konieczności wyjęcia z wydatków bieżących wielkości określonych w art. 10 projektu. Gdy wskaźnik okaże się mniejszy od jedności, dotacja będzie musiała być taka, jak kwota subwencji na ucznia.

 

c)      Zdecydowanie największy zakres mają zmiany dotyczące naliczania dotacji na uczniów szkół niepublicznych z uprawnieniami szkół publicznych. W świetle obowiązujących przepisów, gdy mocno zmniejsza się liczba uczniów w szkole prowadzonej przez samorząd w ciągu roku, a nie zmniejsza się liczba oddziałów (co oznacza utrzymanie poziomu kosztów), podstawowa kwota dotacji naliczanej w samorządzie na ucznia dramatycznie szła w górę, obciążając dotującego kosztami ponad miarę. Zdarzały się też zmiany w drugą stronę, gdy mocno spadała liczba uczniów w szkole prowadzonej przez organ niepubliczny przy niezmienionej podstawowej kwocie dotacji w samorządzie. Wtedy szkoła niepubliczna była niedofinansowana. Jeśli nowe prawo wejdzie w życie od 2018 r., to w przypadku szkół niepublicznych z uprawnieniami szkół publicznych (a z takim układem mamy do czynienia najczęściej) samorząd naliczać będzie dotację w kwocie równej subwencji na ucznia dotowanej jednostki oświatowej. Zasada ta nie obejmie szkół publicznych w gestii niepublicznych organów prowadzących, gdzie będzie funkcjonował wspomniany wcześniej wskaźnik zwiększający, a także będzie konieczność poszukiwania najbliższej gminy czy powiatu.

 

d)     Projekt wprowadza regułę naliczania subwencji dla szkół niepublicznych z uprawnieniami szkół publicznych, w myśl której pełna subwencja przysługuje na ucznia dopiero wtedy, gdy pomyślnie zdał on egzamin zawodowy bądź maturalny. W ten sposób mielibyśmy do czynienia z wprowadzeniem w życie  zasady, którą MEN chce wprowadzić do całości subwencjonowania  – dzielenia subwencji na części, z których jedna byłaby naliczana na każdego ucznia, niezależnie od wyników egzaminów.

 

e)      Ważną zmianą jest rezygnacja z określenia „szkoła dla dorosłych” na rzecz „szkoła, w której nie jest realizowany obowiązek szkolny czy obowiązek nauki” . Aktualnie jest tak, że w tzw. szkołach policealnych dla młodzieży nie ma w ogóle osób, które realizują obowiązek nauki, są tam wyłącznie dorośli. Rodzi to wiele konfliktów co do sposobu naliczania dotacji. Wprawdzie MEN nalicza subwencję jak dla młodzieży, ale samorządowcy mają wielką ochotę liczyć dotacje jak dla dorosłych – właśnie z powodu wieku słuchaczy szkół policealnych. Tym bardziej, że nie obowiązuje w tych szkołach limit 50 proc. obecności na zajęciach. Prowadzi to do nadużyć. Do takiej szkoły można zapisać przysłowiowe „słupy”. Takie osoby nie muszą w ogóle chodzić na zajęcia, ale samorząd musi na nich naliczać dotację. Po czym od początku następnego roku szkolnego znów można te osoby zapisać do szkoły (!). Miejmy nadzieję, że w ślad za tą zmianą pójdzie rozporządzenie o klasyfikacji zawodów szkolnictwa zawodowego, w którym nadal mamy do czynienia ze „szkołami policealnymi dla młodzieży” w wielu zawodach.

 

f)       Zmiany dotykają też wydatki, którymi można rozliczyć dotację. Od 2013 roku niepubliczny organ prowadzący mógł środkami z budżetu samorządu wypłacać dyrektorowi szkoły niczym nieograniczone wynagrodzenie. W wielu miejscach w kraju były to kwoty kilkudziesięciotysięczne. Działo się tak zwłaszcza tam, gdzie funkcję dyrektora szkoły pełnił jej właściciel. Projekt ustawy zakłada ograniczenie wypłaty z dotacji pensji dyrektorów do wysokości trzykrotnego przeciętnego wynagrodzenia ogłaszanego przez GUS (co wydaje się kwotą wygórowaną w zestawieniu np. z pensjami szefów jednostek samorządowych).

 

g)      Nie do końca przemyślany jest zapis w projekcie ustawy mówiący o naliczaniu dotacji na ucznia od miesiąca, w którym został zapisany. Wprawdzie i bez tej regulacji samorządy stosowały taką zasadę, ale przepis jest nieprecyzyjny, bo mówi jedynie o danym miesiącu. I nie wiadomo, czy w samorządzie mamy określać dzień miesiąca, na który liczy się stan uczniów do dotacji (co praktykuje się w JST), czy na przykład trzeba będzie liczyć część dotacji w zależności od dnia w miesiącu, w którym dana osoba została wpisana na listę uczniów.

 

Poza kwestią dotacji i zmian w Karcie Nauczyciela w projekcie jest jeszcze kilka drobniejszych zapisów. Urealnia się zasadę naliczania dotacji dla przedszkoli – będzie się ją naliczać samorządowi, w którym dana placówka jest zarejestrowana, a nie według klucza geograficznego. Przestanie być niezbędne podpisywanie porozumień o przekazywaniu środków.

 

Dużo zamieszania wprowadzi projektowany przepis mówiący o zróżnicowaniu wysokości wkładu własnego gminy, jeśli chodzi o środki na pomoc materialną dla uczniów. Najuboższe samorządy mają wnosić wkład w wysokości 5 proc., najbogatsze nadal 20 proc. Bogatsi protestują, bo przecież płacą  janosikowe. Ale w tym miejscu warto przypomnieć kilkudziesięciokrotne różnice w poziomie dochodów gmin, z których wiele nie wykorzystuje środków rządowych z braku możliwości wniesienia wkładu własnego. A przecież to tam właśnie pieniądze powinny trafiać w pierwszej kolejności. Najprostszym rozwiązaniem byłoby w ogóle zniesienie wkładu własnego, co przecież już miało miejsce.

 

Zmiany w Karcie Nauczyciela 

Od wielu lat trwa dyskusja wokół Karty Nauczyciela. Jedni chcieliby całą ustawę odesłać do lamusa uznając, że nauczyciele nie potrzebują specustawy, inni myślą jedynie o korekcie zapisów pod kątem własnych oczekiwań. Gdy zorganizowano wreszcie rozmowy w trójkącie: związki zawodowe – rząd – samorząd, sprawy ruszyły z miejsca. Zakres proponowanych zmian nie jest akceptowalny bez uwag dla wszystkich, ale osiągnięty kompromis stwarza perspektywę dalszej ewolucji KN.

 

a)      Sporo miejsca w projekcie zajmują sprawy awansu zawodowego i oceny pracy nauczycieli. Zmiany w tym zakresie mogą wpływać na finanse samorządu, gdyż możliwe staje się rozciągnięcie w czasie procesu awansu zawodowego, co zwolni tempo podnoszenia wynagrodzeń z tego tytułu. Z drugiej strony nauczyciele dyplomowani i z najwyższą oceną pracy mają dostać specjalny dodatek. Miałby on wynosić docelowo 16 proc. kwoty bazowej określanej dla nauczycieli corocznie w ustawie budżetowej. Niestety, pełną kwotę będą mogli uzyskać nauczyciele dopiero za 5 lat. Nic nie wiadomo na temat źródła finansowania tego dodatku – pewnie jak w każdym przypadku dowiemy się, że środki na ten cel znajdują się w subwencji.

 

b)      Innym celem ustawy jest doprowadzenie do wypłacania całości wynagrodzenia nauczycieli  „z dołu” – zmianę planuje się wprowadzić w 2019 r., kiedy będzie można wypłacać podstawowe wynagrodzenie „z góry” maksymalnie co 34 dni, przesuwając termin wypłaty co miesiąc o kilka dni później. W grudniu 2019 r. (gdzieś po świętach Bożego Narodzenia) nastąpić ma jednoczesne wypłacenie całości wynagrodzenia nauczyciela. Zmianę wyjaśnia się problemami  rozliczania wynagrodzenia nauczycieli, którzy nie przepracowali całego miesiąca. Tu chyba pojawią się protesty związkowców, gdyż taki tryb owej zmiany oznaczać będzie uszczuplenie nauczycielskich wynagrodzeń o jednomiesięczną wypłatę pensji i dodatków.

 

c)      Od dawna pojawiały się postulaty zniesienia uprawnień socjalnych rodem ze stanu wojennego. Wreszcie zniknie prawo do lokalu mieszkalnego i zajmowania mieszkań  w budynkach szkolnych wraz z prawem do dodatku mieszkaniowego oraz prawa użytkowania działki gruntu rolnego. Prawa nabyte mają zostać zachowane. Ponadto nauczycielom rozpoczynającym pracę nie będzie już przysługiwał zasiłek na zagospodarowanie. Już teraz spore protesty wzbudza projekt likwidacji prawa do zasiłków z funduszu zdrowotnego. Jest to o tyle uzasadnione, że aktualnie w wielu samorządach funkcjonuje on na poziomie organu prowadzącego, co uniezależnia skalę pomocy zdrowotnej dla nauczycieli od wielkości środków na wsparcie w funduszu pojedynczej szkoły. Dziwi pozostawienie bez zmian  dodatku wiejskiego. Tutaj – podobnie jak w kilku innych kwestiach – należałoby uzależnić prawo do dodatku od sytuacji finansowej gminy czy powiatu z uwzględnieniem gęstości zaludnienia. Rozwiązaniem pewnie byłaby likwidacja tego uprawnienia w ogóle, co postuluje wiele środowisk samorządowych.

 

d)     Duże zmiany szykują się w zakresie urlopów i uprawnień rodzicielskich. Najwięcej emocji wzbudza kwestia urlopów dla poratowania zdrowia. Taki urlop będzie udzielany tylko z tytułu zagrożenia wystąpieniem choroby zawodowej lub choroby, w której sposób wykonywania pracy odgrywa dużą rolę. O potrzebie jego udzielenia ma decydować lekarz posiadający uprawnienia do badań profilaktycznych i pracujący w placówce medycyny pracy – badania będą prowadzone na podstawie skierowania wydawanego przez dyrektora szkoły. Wreszcie zostanie uregulowana kwestia pobytów sanatoryjnych. Na podstawie skierowania do uzdrowiska dyrektor szkoły będzie udzielał na ten cel urlopu dla poratowania zdrowia. Uprawnienia do urlopu dla poratowania zdrowia mają zachować  nauczyciele zatrudnieni na czas nieokreślony w pełnym wymiarze zajęć; wymagane siedem lat pracy w zawodzie będzie dotyczyło zatrudnienia w wymiarze co najmniej połowy etatu.  Gdy urlop trwał będzie ponad miesiąc, potrzebne będą badania lekarskie przed powrotem do pracy. Oceniając z perspektywy samorządu te zmiany można założyć, że pole do nadużyć się zmniejszy. Niemniej jednak nie dojdzie do realizacji podstawowego postulatu JST, aby koszty urlopu dla poratowania zdrowia ponosił ZUS. Oczekiwanym rozwiązaniem jest wprowadzenie 35 dni urlopu do wykorzystania w ciągu roku szkolnego dla wszystkich nauczycieli zajmujących stanowiska kierownicze, bez konieczności zachowania terminów feryjnych. Ponadto planuje się uregulowanie sposobu rozliczania zwolnienia z pracy z tytułu opieki nad dzieckiem. Zwolnienia te będą rozliczane w cyklu dziennym, a nie godzinowym, co oznacza prawo do dwóch dni nieobecności w pracy.

 

e)      I jeszcze kwestia czasu pracy nauczycieli. Najważniejsze wydaje się ustalenie jednolitego pensum dla nauczycieli pedagogów, psychologów, logopedów, doradców zawodowych i terapeutów pedagogicznych na poziomie 22 godzin w tygodniu. Propozycja wydaje się logiczna i uzasadniona różnym poziomem owego pensum w skali kraju. Kontrowersyjnym przepisem jest jednak zakazanie pracy w godzinach ponadwymiarowych nauczycielom zajmującym stanowiska kierownicze w szkole. W wielu samorządach godziny dla dyrektorów i ich zastępców częściowo ratowały ich poziom wynagrodzeń przy niskich dodatkach funkcyjnych i motywacyjnych.

 

Pozostałe kwestie nie wydają się mieć dla samorządów większego znaczenia. Warto jeszcze wspomnieć o zniesieniu ograniczeń wysokości wynagrodzenia dla specjalistów spoza oświaty w kształceniu zawodowym – może stworzy to realną możliwość pracy kilku godzin w miesiącu za pieniądze, które będą zachętą do przyjścia do szkoły.

 

I wszystko byłoby zupełnie nieźle, gdyby nie zapowiedź niezwiększania całości kwoty subwencji. Bez tego nie ma mowy o poprawie kondycji oświaty. Samorządy w wielu miejscach kraju nie są w stanie zwiększać udziału dochodów własnych w kosztach utrzymania oświaty.

 

*dyrektor Wydziału  Oświaty i Wychowania Starostwa Powiatowego w Świdnicy

 

 

        

 

 

Podziel się!

Aby dodać komentarz, zaloguj się.