|
Samorządy umieją liczyć koszty usług zdrowotnych i zachowują się racjonalnie, niezależnie od teatralnych spektakli na Wiejskiej.
System ochrony zdrowia w Polsce stoi przed ważnymi decyzjami. Około połowy szpitali jest zadłużonych, w sumie jak się szacuje na około 30 mld zł. Co jakiś czas pojawiają się różne pomysły uzdrowienia tego najbardziej chorego pacjenta w naszym kraju. Na początku br. mówiło się o trzech projektach ustaw, dziś już o jedenastu! Konkretnych rozwiązań nadal jednak brakuje. Co pojawi się sensowny pomysł, zaraz spotyka się z totalną krytyką tych, którzy akurat nie są jego autorami. Warto przypomnieć, że najważniejszą kwestią dyskutowaną w końcu ubiegłego roku było autorstwo projektu ustawy o ZOZ-ach. Od tego ustalenia zależało, czy poddać projekt totalnej krytyce, czy też go chwalić. Szpitale marszałkom Sensownym pomysłem zapisanym w projekcie tej ustawy było przekazanie wszystkich publicznych szpitali marszałkom. Od dawna uważam, że jest to bardzo dobre rozwiązanie. Jeden organ założycielski może zdecydowanie łatwiej zarządzać szpitalami i je reformować, choćby łącząc mniejsze oddziały różnych szpitali w jeden większy. Mógłby też łączyć całe szpitale, tam gdzie jest to możliwe, ograniczając wydatki na administrację. Nie dublowano by inwestycji, co dziś, niestety, dość często się zdarza, a zakupy byłyby tańsze ze względu na większe zamówienia. Obecnie tego typu działania, przy mnogości organów założycielskich, są bardzo ograniczone lub wręcz niemożliwe. Ten ze wszech miar rozsądny krok poddany został druzgocącej krytyce, szczególnie przez ZPP. Tymczasem podczas Konwentu Starostów Województwa Śląskiego, w którym brałem udział, nikt z obecnych pomysłu nie krytykował. Wręcz odwrotnie, wszyscy chwalili.
Prywatyzacja to konieczność Ostatnio znów głośno zaczęło się mówić o prywatyzacji szpitali. Podniósł się raban, że oto zbliża się „największy przekręt po 1989 r.". Mają powstawać komitety broniące szpitali przed prywatyzacją. Zakrawa to co najmniej na schizofrenię. Po pierwsze, nikt nie mówi o kradzieży, po drugie, proces ten odbywa się już od dawna, a uczestniczą w nim wszystkie opcje polityczne, łącznie z tymi, które w obecnym parlamencie ten raban podnoszą. Już w styczniu 1997 r. sprywatyzowano, a właściwie reprywatyzowano, Szpital Bonifratrów w Krakowie, a władzę w tym czasie sprawowała lewica. Jednym z pierwszych sprywatyzowanych w drodze dzierżawy szpitalem był Szpital Powiatowy w Ozimku na Opolszczyźnie. Decyzję podjęła rządząca w powiecie Mniejszość Niemiecka. LiD wydzierżawił szpital we Wschowie, którego organem założycielskim jest powiat Nowa Sól (Lubuskie). Szpital w Jędrzejowie (Świętokrzyskie) wydzierżawił PSL, a PiS chce dzierżawić szpital w Myślenicach (Małopolskie). Na ten krok zdecydowała się również lokalna Inicjatywa Samorządowa w Gryfinie (Zachodniopomorskie). Wymieniając partie polityczne, miałem oczywiście na myśli przynależność partyjną starostów. To tylko nieliczne przykłady z wielu, które pokazują, że samorządy umieją liczyć i zachowują się racjonalnie, niezależnie od teatralnych spektakli na Wiejskiej. Nie to jest jednak najważniejsze, kto prywatyzuje szpitale, ale jaki to ma skutek, przede wszystkim dla pacjentów. Straszy się bowiem ludzi, że w prywatnych szpitalach będą płacić za leczenie, że jak ktoś nie będzie miał ubezpieczenia, to zatrzyma mu się akcja serca (jak w słynnym spocie wyborczym jednej z partii). Tymczasem wszystko to wierutne kłamstwa. Skoro nadal płatnikiem jest NFZ, nikt za leczenie płacił nie będzie. Tak jak to jest w sprywatyzowanej już przecież od dawna i to prawie w stu procentach, podstawowej opiece zdrowotnej. Pacjenci zaś otrzymują tam świadczenia na wyższym poziomie, nie mówiąc już o warunkach pobytu, jakie oferują prywatne, czy też skomercjalizowane, przychodnie i szpitale. Sama prywatyzacja wcale nie jest złem. Dlaczego wszystko inne może być prywatne, a szpital nie? Czym tak naprawdę różni się szpital od innych zakładów świadczących usługi dla ludności? Właściwie jedyna różnica polega na tym, że za inne usługi musimy płacić, bo nie płacimy na nie obowiązkowej i „solidarnej" składki. Na ochronę zdrowia taką składkę płacimy i czy będzie dalej istniał NFZ, czy też jego rolę przejmie inny, prywatny ubezpieczyciel (oby jak najszybciej), za leczenie, przynajmniej obowiązkowo, płacić nie będziemy. Słowo „solidarnej" specjalnie ująłem w cudzysłów, bo co do tej solidarności, to mam ogromne wątpliwości. To jednak nieco odrębny temat, choć również wymagający pilnego rozwiązania, choćby przez reformę KRUS. Dzięki temu do systemu ochrony zdrowia mogą wpłynąć dodatkowe pieniądze, które są potrzebne również na inwestycje w infrastrukturę. Samorządy ich nie mają. Skoro mamy wiele dobrych przykładów sprywatyzowanych szpitali, dlaczego nie iść w tym kierunku? Są firmy, które całkiem dobrze radzą sobie na tym trudnym rynku. Jeśli będzie się nimi straszyć ludzi, zainwestują swój kapitał w innych krajach i tam będą płacić podatki. My, jak zwykle, znów zostaniemy z niczym i dalej będziemy narzekać.
Pacjenci już od dawna płacą Zupełnie inną rzeczą jest ciągle przygotowywany tzw. koszyk świadczeń gwarantowanych. Po jego wprowadzeniu będziemy musieli płacić za część świadczeń (nieujętą w „koszyku"), zarówno w szpitalu prywatnym, jak i publicznym. Często w dyskusjach o systemie ochrony zdrowia w naszym kraju wraca także temat drobnych opłat, np. za wizytę u lekarza czy też za wyżywienie w szpitalu. Ten pomysł także zawsze spotyka się z powszechną krytyką. Prawdę powiedziawszy, nie bardzo rozumiem dlaczego? Przecież tak naprawdę pacjenci już od dawna płacą i to niemało, tyle że nieoficjalnie. Jeżeli np. w Niemczech skalę korupcji w ochronie zdrowia szacuje się na ok. 20 mld euro rocznie, to biorąc pod uwagę skalę korupcji w Polsce, nietrudno sobie wyobrazić, ile to może być u nas. I to jest dopiero przekręt! Prywatna służba zdrowia w publicznych szpitalach! To jednak nikomu nie przeszkadza.
Możliwości powiatu Rozpatrując aspekt prywatyzacji szpitali w Polsce, należy także zwrócić uwagę na fakt, które dziś są najczęściej prywatyzowane bądź też przekształcane w spółki samorządowe. Problem dotyczy głównie szpitali powiatowych. Dlaczego akurat powiaty decydują się najczęściej na takie kroki? Odpowiedź wydaje się jednoznaczna. Powiaty są najsłabszym finansowo szczeblem samorządu, a obarczono je ogromnymi zadaniami. Dla porównania posłużę się przykładem powiatu częstochowskiego i miasta Częstochowy. Szpital Powiatowy w Blachowni, dla którego organem założycielskim jest powiat częstochowski, jest mniej więcej trzy razy mniejszy od Zespołu Szpitali Miejskich w Częstochowie. Zaś budżet powiatu jest trzynaście razy mniejszy. Nie trzy, a trzynaście! Tak na marginesie, powiat ma też podobną ilość dróg na utrzymaniu co miasto Częstochowa, ponad 560 km. Czy więc stać powiaty na utrzymywanie i inwestowanie w szpitale? Jeden procent budżetu powiatu to około 550 tys. zł; jeden procent budżetu miasta Częstochowy to grubo ponad 6 mln zł. Ograniczone możliwości finansowe spowodowały, że proces prywatyzacji rozpoczął się właśnie w powiatach i jak wykazałem wcześniej, nie ma to nic wspólnego z polityką czy doktrynerstwem. Często niedostatek finansowy zmusza do poszukiwania dobrych rozwiązań ekonomicznych. Obecnie nie da się leczyć bez prowadzenia rachunków.
Sprawa refundacji leków I jeszcze jedno. Sprawa refundacji leków. Dzisiejsze rozwiązanie jest niesprawiedliwe społecznie, kosztowne i korupcjogenne. Zamiast dotować koncerny farmaceutyczne, powinniśmy dotować pacjentów. Chorzy przewlekle, nieuleczalnie i pacjenci biedni powinni otrzymywać zwrot wydatków na leki. Pomoc społeczna, która przecież funkcjonuje przy samorządach, może pełnić rolę weryfikatora i płatnika. Takie rozwiązanie będzie zdecydowanie tańsze dla budżetu. Co więcej, spowoduje zwiększony napływ pieniędzy bezpośrednio na leczenie, a także zmniejszenie cen leków. Dziś za leki refundowane płaci symboliczną złotówkę zarówno najbogatszy Polak, premier, wojewoda, jak i nauczyciel, robotnik, bezrobotny. Nie ma zaś na tej liście leków, których potrzebuje niewielu chorych, choć najczęściej są oni niezamożni. Już tylko ten jeden fakt świadczy o tym, że w obecnym rozwiązaniu ważniejszy jest koncern od człowieka.
Autor jest wicestarostą częstochowskim.
Powrót do spisu treści |