Już nie mamy przemysłu. Jedyna nadzieja w branży turystycznej

Autor: Sławomir Bukowski / 24.07.2019
W samorządach
W Łebie panuje monokultura biznesowa oparta na turystyce. Ostatni zakład przetwórstwa rybnego został zamknięty, zabudowania popadają w ruinę. Kiedyś zatrudniał 900 osób, na jego terenie działała nawet stocznia. Ale właściciele doszli do wniosku, że zakład lepiej zamknąć, bo można znacznie więcej zarobić przeznaczając działkę na deweloperkę z lokalami na krótkoterminowy wynajem – mówi Andrzej Strzechmiński, burmistrz Łeby.

Ilu mieszkańców liczy Łeba?

Około 3600 osób. Miasto powoli się wyludnia. W ciągu pięciu lat ta liczba spadła o 500 osób, przede wszystkim z powodu naturalnych zgonów.

 

A ilu turystów przyjeżdża do miasta?

W szczycie mamy nawet sto tysięcy osób.

 

Tyle przyjeżdża przez cały rok?

Nie, tylu turystów w Łebie mamy naraz, tylu jesteśmy w stanie obsłużyć. Miasto wtedy pęka w szwach, zajęte są wszystkie miejsca noclegowe. Na szczęście takich dni jest niewiele, liczba turystów oscyluje przeciętnie pomiędzy 40 a 60 tysięcy.

 

Czyli miasto dostaje solidny zastrzyk gotówki z opłaty miejscowej.

Przeciwnie, jej ściągalność jest słaba. Nie ma mechanizmu nakazującego obiektom noclegowym jej pobierania. Inkasentami opłaty miejscowej, popularnie nazywanej klimatyczną, są obiekty, które dobrowolnie podpiszą z urzędem miasta umowę. Napisaliśmy w tej sprawie petycję do Ministerstwa Sportu i Turystyki, aby zmienić charakter opłaty na obligatoryjny w momencie, kiedy rada miasta przyjmie stosowną uchwałę, ale jak dotąd prawo się nie zmieniło. Kiedy osiem lat temu zostałem burmistrzem, do budżetu miasta wpływało 200 tys. zł rocznie z opłaty klimatycznej, dziś zbliżamy się do 800 tysięcy, a powinniśmy mieć 3–3,5 mln zł.

 

Jadąc do pana na wywiad spędziłem jedną noc w pensjonacie, opłatę uiściłem, ale nie dostałem pokwitowania.

Czyli pobrano od pana pieniądze, która do nas nie trafią. Stał się pan zakładnikiem pazerności naszych lokalnych przedsiębiorców. W Łebie robią tak nawet duże ośrodki wczasowe, obiekty hotelowe i kempingi. Byłem kiedyś w niemieckim miasteczku, zapłaciłem opłatę klimatyczną, w zamian dostałem kartę uprawniającą do parkowania w dowolnym miejscu na terenie miasta i do bezpłatnego wejścia na plażę, do której wstępu pilnuje elektroniczna bramka. Zaproponowałem, żeby podobne rozwiązanie zastosować w Łebie, ale ludzie niemal mnie ukrzyżowali.

 

 

Wielu przedsiębiorców to rezydenci. To ludzie, którzy kupili u nas lokale na wynajem. Mieszkają w innych miastach. Do Łeby przyjeżdżają późną wiosną, wietrzą mieszkania, sprzątają, odkręcają wodę i wynajmują turystom. Korzystają ze swobody prowadzenia działalności gospodarczej, rejestrują ją w dowolnym miejscu w kraju i tam, a nie w Łebie, rozliczają się z podatku, w efekcie nie partycypują w kosztach funkcjonowania naszego miasta.

 

 

Dlaczego?

Od kilku lat próbujemy zaprosić osoby prowadzące działalność gospodarczą w Łebie do wspólnych działań promocyjnych. Chcieliśmy wydać folder z atrakcjami. Zaproponowaliśmy, że urząd miasta pokryje połowę kosztów, na drugą połowę zrzucą się przedsiębiorcy. Nie udało się ich namówić. Wszyscy oczekują, że my jako gmina zrobimy całość, sfinansujemy kampanię promocyjną zachęcającą turystów do przyjazdu. W efekcie jak sezon jest dobry, to obiekty noclegowe zarabiają duże pieniądze, ale jak zły, bo na przykład pogoda nie dopisywała, to pojawiają się pretensje do miasta, że marketing był za słaby, a imprezy nieciekawe.

 

Z czego może wynikać ta niechęć do partycypowania w kosztach promocji?

Z wielu przyczyn. Po pierwsze, przedsiębiorcy uważają, że skoro płacą podatki, to miasto ma obowiązek im pomagać bez ich dodatkowego udziału finansowego. Po drugie, wielu przedsiębiorców to rezydenci. To ludzie, którzy kupili u nas mieszkania na wynajem. Mieszkają w innych miastach. Do Łeby przyjeżdżają późną wiosną, wietrzą lokale, sprzątają, odkręcają wodę i wynajmują turystom. Korzystają ze swobody prowadzenia działalności gospodarczej, rejestrują ją w dowolnym miejscu w kraju i tam, a nie w Łebie, rozliczają się z podatku, w efekcie nie partycypują w kosztach funkcjonowania naszego miasta. Turyści zostawiają u nich pieniądze, zresztą zakupy też robią u przedsiębiorców, którzy zjawiają się w sezonie. My nie mamy nawet możliwości skontrolowania, czy działalność gospodarcza prowadzona jest w lokalu na powierzchni rzeczywiście wskazanej w deklaracji.

 

W 2015 roku doznał pan nieprzyjemności ze strony lokalnych przedsiębiorców.

Wypowiedziałem wojnę ulicznemu handlowi, postanowiłem zdyscyplinować przedsiębiorców, żeby przestali łamać prawo – jeśli chcą prowadzić handel, muszą zgłosić się do nas i wystąpić o zgodę na zajęcia pasa drogowego. Ruszyliśmy z kontrolami. W efekcie mój dom dziewięć razy został oblany kwasem masłowym. Nie zrobili tego przyjezdni, tylko miejscowi. Znam ich z imienia i nazwiska. Najpierw działali razem przeciwko mnie, potem zaczęli walczyć między sobą i sypali jeden drugiego. Co ciekawe, policji do dziś nie udało się ustalić sprawców. Wśród tych bandytów był nawet przedsiębiorca prowadzący działalność gospodarczą z górnej półki. Ci ludzie pojmują demokrację jako przyzwolenie na wszelką działalność, na wolnoamerykankę, prawo postrzegają jako sztuczne bariery, a konieczność uzyskania zgód i zezwoleń jako rzucanie kłód pod nogi. Dla nich liczą się wyłącznie pieniądze. Pewien młody łebianin zaczął w swojej restauracji sprzedawać alkohol bez zezwolenia. To człowiek po studiach, inteligentny, wydawałoby się rozsądny. Ludzie go ostrzegali, żeby tego nie robił. W końcu przyszła do niego policja i zarekwirowała alkohol. Sprawa znajdzie finał w sądzie. Dziś ta osoba mnie obarcza winą za to, że nie miała koncesji.

 

Jak wygląda Łeba w listopadzie?

Przepraszam za dosłowność, ale u nas nawet mewy wtedy zawracają. Nic się nie dzieje. Problem sezonowości nie dotyczy tylko Łeby, ale kilkudziesięciu małych miasteczek na wybrzeżu. Miasto funkcjonuje w ciągu roku w dwóch prędkościach: speed and slow. Okres speed trwa około trzech miesięcy, jest pełen nerwów, adrenaliny i stresu, bo ośrodki konkurują o gości nie tylko między sobą, ale w dobie mediów społecznościowych także z ośrodkami w innych miastach. Potem przychodzi jesień, rozprężenie, rezydenci zamykają swoje lokale i wyjeżdżają, handel się zwija, zostaje garstka ludzi, stałych mieszkańców, którzy tak naprawdę nie mają co ze sobą zrobić. Obserwuję, że coraz więcej z nich ma kłopoty ze zdrowiem psychicznym, z dostosowaniem się do takiego rytmu aktywności.

 

Stali mieszkańcy nie mają stałego zatrudnienia?

W większości nie mają, utrzymują się wyłącznie z tego, co zarobią w szczycie sezonu na obsłudze ruchu turystycznego. W Łebie panuje monokultura biznesowa oparta na turystyce. Ostatni zakład przetwórstwa rybnego Rybmor został zamknięty, obiekty popadają w ruinę. Powstały manufaktury produkujące przetwory rybne, ale to mikroprzedsiębiorcy, małe rodzinne firmy. Rybmor zatrudniał 900 osób, świadczył usługi nawet dla innych dużych zakładów przetwórczych, na jego terenie działała stocznia. Ale właściciele doszli do wniosku, że zakład lepiej zamknąć, bo można znacznie więcej zarobić zmieniając sposób użytkowania terenu, wymuszając zmianę planu zagospodarowania i przeznaczając działkę na deweloperkę. Tymczasem ja bronię miasta przed deweloperką wszelkimi możliwymi sposobami, korzystając z prawa, jakim są miejscowe plany zagospodarowania.

 

Deweloperka to nowi mieszkańcy.

W przypadku Łeby deweloperka to wyłącznie lokale na krótkoterminowy wynajem dla turystów. To biznes charakteryzujący się najszybszym zwrotem kapitału, z którego dla miasta nie ma większych korzyści poza zagospodarowaniem przestrzeni. Oczywiście chciałbym, żeby deweloperka była funkcją rozwoju miasta, ale żeby tak się stało, w okolicy powinny funkcjonować zakłady produkcyjne, a takich nie ma. Cztery lata temu stworzyliśmy strefę ekonomiczną. Szukamy inwestorów, spotykamy się, rozmawiamy. Działki są wydzielone, teren uzbrojony, w pełni przygotowany. Pojawiła się pierwsza firma, ale to hurtownia, czyli branża usługowa, a nam zależy na produkcji, która generuje także rozwój firm z otoczenia biznesu.

 

 

Kiedy trwały rozmowy z Tadeuszem Gołębiewskim, byłem przekonany, że złapałem Pana Boga za nogi. Wpływy z działalności jego hotelu do kasy miasta szacowałem na 6 mln zł rocznie, podczas gdy nasz budżet wynosił 20 mln zł. Zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy, żeby do inwestycji doprowadzić. Były konsultacje, spotkania z mieszkańcami. Niestety, z powodu zablokowania nam możliwości zmiany planów zagospodarowania biznesmen się wycofał.

 

 

Przyciągnięcie biznesu to jedyna szansa na przyspieszenie rozwoju miasta?

Drugi kierunek to próba przekształcenia Łeby w całoroczny kurort. Nasze zabiegi o stworzenie uzdrowiska skończyły się fiaskiem. Dziś szukamy firm z branży hotelowej, które byłyby zainteresowane budową całorocznych obiektów z pełną infrastrukturą, z krytymi basenami. Do dziś nie mogę odżałować, że z inwestycji wycofał się Tadeusz Gołębiewski.

 

Chciał zbudować ogromny, całoroczny obiekt....

...na zdegradowanych terenach po byłej jednostce wojskowej, w strefie D, która na planach zagospodarowania oznacza część sanatoryjno-wczasową. Specjalnie dla pana Gołębiewskiego postanowiliśmy zmienić plan zagospodarowania, bo domagał się zwiększenia wskaźnika zabudowy działki z 15 do 30 proc. i podniesienia maksymalnej wysokości zabudowy do 25 metrów.

 

Ale nie zgodziła się Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska.

Nie, tak naprawdę zadziałał układ polityczny, mówię to szczerze i uczciwie. Usiłowałem rozmawiać z panem marszałkiem Strukiem, tłumaczyłem mu, że dla Łeby i w ogóle dla Pomorza pojawienie się dużego inwestora z branży hotelarskiej to ogromny magnes dla turystów, że my potrzebujemy takiej promocji. Pan marszałek zapytał: panie burmistrzu, pan chce hotel na wydmach stawiać? Odpowiedziałem, że to nieporozumienie, bo pod obiekt przeznaczone są tereny powojskowe. Poprosiłem pana marszałka o przyjazd do nas. Kazał mi umówić się przez asystenta. Ze trzydzieści razy dzwoniłem do niego, ale nie było woli politycznej, żeby do takiego spotkania doszło.

 

Dlaczego tak bardzo zależało panu na Gołębiewskim?

Mieliśmy nadzieję, że zadziała u nas mechanizm zaobserwowany w innych miastach, w których ten inwestor postawił hotele. One pracują pełną parą cały rok, generują bardzo duży ruch, promują siebie i najbliższą okolicę. Na baseny w hotelach odpłatny wstęp mają też osoby z zewnątrz, a więc turyści nocujący w pensjonatach. Z kolei goście Gołębiewskiego szukają w okolicy lokalnych knajpek, w których mogą spędzić czas, a to napędza rozwój gastronomii. Tak jest w Mikołajkach, tak jest w Wiśle. Kiedy trwały rozmowy z Tadeuszem Gołębiewskim, byłem przekonany, że złapałem Pana Boga za nogi. Wpływy z działalności tego hotelu do kasy miasta szacowałem na 6 mln zł rocznie, podczas gdy nasz budżet wynosił 20 mln zł. Zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy, żeby do inwestycji doprowadzić. Były konsultacje, spotkania z mieszkańcami, nawet właściciele małych pensjonatów doszli do wniosku, że Gołębiewski nie będzie stanowił dla nich konkurencji. Niestety, z powodu zablokowania nam możliwości zmiany planów zagospodarowania biznesmen się wycofał.

 

Co ostatecznie powstało na tej działce?

To prywatny teren, czeka na zagospodarowanie. Na sąsiedniej działce, której właściciel planował postawić 20-piętrowe budynki z lokalami na wynajem, ale nie zgodziliśmy się na zmianę planu zagospodarowania, powstaną wkrótce nieduże obiekty hotelowe z basenami. Inwestorzy mają już pozwolenia na budowę. Sprzedaliśmy też położoną w pobliżu działkę komunalną, budowa już tam trwa. Mamy przygotowanych do sprzedaży jeszcze pięć nieruchomości, z przeznaczeniem na obiekty hotelowe.

 

Jakich zmian w prawie pan oczekuje, żeby Łeba przestała się wyludniać?

Rozwój miasta przyspieszyłby, gdyby Łeba znalazła się w jakimś obszarze funkcjonalnym. Mam na myśli możliwość wspierania naszych zamierzeń środkami unijnymi. Bardzo często słyszę: startujcie samodzielnie do regionalnego programu operacyjnego. To obłuda – wiele programów dedykowanych jest gminom powyżej pięciu tysięcy mieszkańców i o niskiej skali dochodowości. Łeba nie jest w stanie spełnić tych dwóch warunków. Do programu termomodernizacji, aby w ogóle móc do niego przystąpić, musieliśmy zaangażować drugą gminę jako partnera. Próbujemy przekonać urząd marszałkowski do wsparcia strefy przybrzeżnej jako obszaru funkcjonalnego – my do tego programu zaprosiliśmy gminę Smołdzino, gminę wiejską Łeba, Choczewo, Słowiński Park Narodowy, tymczasem urząd marszałkowski nas pomija, choć umieścił wydmy w parku narodowym w swoim filmie promocyjnym! Co roku Łeba płaci 400–500 tys. zł janosikowego, okazuje więc solidarność innym gminom. Tymczasem Ustka nie dość, że dostaje subwencję wyrównawczą, to korzysta też ze środków Miejskiego Obszaru Funkcjonalnego Słupska. Łebie nie pozwolono nawet przejąć dworca kolejowego. Budynek wymaga kapitalnego remontu, chcieliśmy tam zorganizować centrum przesiadkowe, jednak Polskie Koleje Państwowe odmówiły, bo linia i dworzec przeznaczone są do rewitalizacji. Ale nie wiadomo kiedy do niej dojdzie, bo nie ma pieniędzy. Denerwują mnie stwierdzenia, że Łeba jest bogata i da sobie radę. Tak, dajemy radę, bo jesteśmy zaradni. Przebudowaliśmy MOPS – z własnych środków.  Budujemy budynek socjalny – z własnych środków. Ale bez zewnętrznych mechanizmów wsparcia nie zrobimy skoku rozwojowego, aby poprawić jakość życia naszych mieszkańców, a to oni tworzą podstawową społeczność miasta.

 

 

Podziel się!

Aby dodać komentarz, zaloguj się.